poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rozdział V

Caroline

-Serio? Będziemy spać w tym obskurnym motelu?- spytałam zirytowana, kiedy weszłyśmy do naszego pokoju.
- Oj, nie marudź. Nie wiem jak ty, ale ja jestem zmęczona. I w odróżnieniu do ciebie nie potrzebny mi jest do tego pięciogwiazdkowy hotel.- odparła, wytrącona z równowagi, po czym wzięła piżamę i udała się do łazienki.
- Nie miałam na myśli luksusowego hotelu. Chciałam tylko, żeby był bardziej komfortowy i nie cuchnął tak stęchlizną.- odburknęłam.
Bezradna, usiadłam na łóżku, pod wpływem mojego ciężaru, uniósł się z niego dym kurzu. Wspaniale, jeszcze będziemy spać na brudnych i zakurzonych łóżkach- pomyślałam. Nie dość, że straciłyśmy pół dnia na szukaniu, tego profesorka, którego i tak nie znalazłyśmy, to teraz jeszcze ten motel. Gorzej już, chyba być nie może- wzruszyłam, beznamiętnie ramionami. Swoją drogą, ciekawa byłam, jak on wyglądał na żywo, bo na zdjęciach prezentował się całkiem nieźle. Och, jaka ja jestem głupia- skarciłam się, za to w myślach. Przecież, miałam Matta, wspaniałego i kochanego chłopaka, który nigdy by mnie nie zranił, a ja myślałam o jakimś podstarzałym facecie. Ale z drugiej strony, to jeszcze nie prowadziło do zdrady. Takie tam, tylko głupie myślenie. Właśnie, Matt! Zupełnie zapomniałam o tym,  że miałam do niego zadzwonić i zdać mu relacje. Nie zastanawiając się długo, sięgnęłam po telefon i wybrałam jego numer. Odebrał po 2 sygnałach.
- Caroline.- powiedział uradowany.- W końcu zadzwoniłaś, ja już tu odchodziłem od zmysłów.
- Matt, tak strasznie cię przepraszam. Tyle się działo. Przeszłyśmy chyba z Bonnie pół Atlanty i po profesorku, ani śladu. Normalnie, jakby zapadł się pod ziemię.- wzruszyłam ramionami i przeczesałam włosy ręką.
- Nie martw się. Na pewno go znajdziecie.- pocieszał mnie, mój chłopak.- Lepiej opowiadaj, jak tam jest. Podoba ci się?
- Och, bardzo mi się podoba. Musimy koniecznie tu kiedyś razem przyjechać.- powiedziałam podekscytowana i opowiadałam mu o każdej napotkanej galerii, klubie, parku, zabytkach i innych walorach miasta.
Kątem oka, dostrzegłam Bonnie wychodzącą z łazienki. Ustała się przede mną, podparła ręce na biodrach i spojrzała się na mnie z niezadowoloną miną. Domyślałam się, że zaraz wyskoczy z jakimiś pretensjami. Jej mina nie wróżyła niczego dobrego. Chciałam załagodzić sytuację, więc uśmiechnęłam się do niej i powiedziałam, że Matt ją pozdrawia. Ale i to nie poskutkowało, ziewnęła, tym samym przypominając mi o porze do spania.
- Błagam, skończ już rozmawiać. Jutro wcześnie wstajemy, przed nami długi dzień poszukiwań. Im szybciej go znajdziemy, tym szybciej wrócimy do domu.- odparła sennym głosem.
- Ok, ok. Już kończę.- uniosłam ręce w geście poddania się i pożegnałam się z Mattem.
Mulatka szybko, wskoczyła do łóżka. Zdziwiłam się, że nie przeszkadzał jej kurz i straszny smród. Ja chyba, dziś tu nie zasnę- pomyślałam. Zrezygnowana poszłam do łazienki, mając nadzieję, że chociaż tam będzie czyściej. Niestety, panowały tu jeszcze gorsze warunki, niż w pokoju. Bez namysłu, wzięłam szybki prysznic, starając się nie dotykać kabiny i ścian. Nawet będąc wampirem, uważałam na różnego rodzaju bakterie. One mnie, po prostu obrzydzały. Po kilku minutach opuściłam łazienkę. Kiedy weszłam do pokoju, usłyszałam miarowy  oddech przyjaciółki. Już spała. A ja nie miałam co ze sobą zrobić. Przechadzałam się najciszej, jak tylko umiałam po pokoju. Rozmyślałam o wszystkim i wszystkich. O tej całej sprawie z ekspresją Bonnie, o tym jak to będzie gdy zobaczymy się z tym całym Shanem, jak dalej będzie wyglądało moje życie z Mattem, czy kiedyś tu razem przyjedziemy i o tym jak Elena sobie radziła. Znalazła się naprawdę w ciężkiej sytuacji. Obiecałam, że jej pomogę, ale skąd mogłam wiedzieć, że Klaus będzie przetrzymywał Damona? Byłam między młotem, a kowadłem. Ale skoro, najpierw umówiłam się z Bonnie, że z nią miałam pojechać, to nie mogłam jej zawieść. Miałam tylko nadzieję, że Elena to zrozumiała. Przecież nie mogłam się rozdwoić?
Spojrzałam na zegarek i zobaczyłam, że nie było jeszcze aż tak późno. Dochodziła północ. Postanowiłam, że zadzwonię do niej, bo nie dawało mi to spokoju. Wyszłam na korytarz, żeby nie obudzić Bonnie.
- Obudziłam cię?- zapytałam cicho, kiedy odebrała telefon po kilku sygnałach.
- Nie, nie obudziłaś.- zaprzeczyła.- Tylko się zdziwiłam, że o tej porze do mnie dzwonisz. Jak tam w Atlancie? Rozmawiałyście już z tym profesorem?
- No właśnie, jeszcze nawet go nie znalazłyśmy.- odparłam bezradna.- Kochana, Atlanta jest piękna, ale tego chyba nie muszę ci mówić. Sama tu kiedyś byłaś z Damonem. – O cholera- pomyślałam. Ja to zawsze muszę coś palnąć!.- To znaczy, oj no wiesz…- próbowałam załagodzić sytuacje, ale coś marnie mi to szło.
- Spokojnie, rozumiem.- pociągnęła nosem, pewnie płakała.- Jestem bezsilna, nie wiem co mogłabym jeszcze zrobić, żeby mu pomóc.
- Nie załamuj się.- uspokajałam ją.- Na pewno jest jakiś sposób, wymyślimy coś. Jak tylko uporządkujemy sprawy w Atlancie. Wrócimy i ci pomożemy go znaleźć.
- W sumie, to jest jeden.- powiedziała tak cicho, że gdyby nie mój wampirzy słuch, pewnie bym jej nie usłyszała.
- Jaki?- spytałam zdziwiona. Nie miałam pojęcia o co jej chodziło.
- Stefan, on może wiedzieć, gdzie mieszka Klaus.- oznajmiła.- W końcu kiedyś się przyjaźnili, o ile można było to nazwać przyjaźnią. Ale warto spróbować.
- Jesteś tego pewna?- chciałam się upewnić, że wiedziała co robi.- Pójdziesz do niego, jak gdyby nigdy nic i poprosisz o pomoc w ratowaniu Damona?
- Przecież to jest jego brat.- podniosła głos.- Myślisz, że on jest bez uczuć i będzie obojętny na jego krzywdę?
- Wiem, że łączą ich więzy krwi, ale…
- Czy zawsze musi być jakieś „ale”?- weszła mi w zdanie i powiedziała jeszcze głośniej, niż poprzednio.
- Eleno, po pierwsze uspokój się.- odparłam spokojnie.- A po drugie, przemyśl to sobie jeszcze. Prześpij się z tym i jutro do ciebie zadzwonię i pogadamy, ok?
- Nie przejmuj się mną. Dam sobie radę. Pomóż Bonnie, ona cię bardziej potrzebuje.- rzekła.- A teraz dostosuje się do twojej rady i pójdę spać.
- Ty też potrzebujesz pomocy.-stwierdziłam.- Dlatego, proszę nie rób niczego głupiego i dzwoń o każdej porze.
- Dobranoc, Caroline. Pozdrów ode mnie Bonnie.
- Dobrze. Dobranoc.- pożegnałam się z przyjaciółką i udałam się z powrotem do pokoju. To będzie długa i ciężka noc- pomyślałam.

*****

Katherine

Chodziłam w tą i z powrotem. Mimo wszystko, byłam zdenerwowana. Nadal się go bałam, nie chciałam, żeby mnie złapał. Nerwowo obgryzałam paznokcie, czekając na jakąkolwiek wiadomość od Kola. Ten dupek, miał go dziś czymś zająć. Miał odciągnąć jego uwagę, a wtedy ja wkroczyłabym do akcji. A co, jeśli mnie wystawił? Jeśli, wpadnę prosto w paszczę lwa? Nie, nie, pokręciłam przecząco głową. Nie zrobiłby mi tego, nie on. Cholerny Salvatore, gdyby nie twoje specyficzne wpadanie w kłopoty, nie miałabym takiego problemu! Wszystko zwolniłeś, cały mój plan z Kolem. To nie tak, miało wyglądać. Niech cię szlag! Od tamtego wieczoru, kiedy zobaczyłam jak Klaus go zabrał, byłam nieźle wkurzona. Chociaż miałam wolną drogę i mogłam działać, to nie mogłam go zostawić z tym brutalem. Najpierw musiałam go uwolnić. Czyli, kolejna sprawa, do której potrzebny był mi Kol. Nie lubiłam tego lalusiowatego dupka, działał mi na nerwy. Ale tylko on mógł mi pomóc. Ja pierdole- przeklnęłam pod nosem- To by znaczyło, że cały mój proces, musiałabym zrobić od nowa. Robota głupiego. Jak odciągnąć uwagę Damona od Eleny? No, myśl Katherine. Czym najbardziej byś go, odwlekła od myślenia o tej małej dziwce? Przecież, to było proste. Salvatore najbardziej skupiał się na sprawach łóżkowych. Miałam nadzieję, że teraz doceni, to jak się dla niego poświęcałam i ile ryzykowałam. W przeciwnym razie, osobiście ze złości wbije mu kołek w serce. Skończy się taryfa ulgowa. Nagle poczułam wibracje w kieszeni. Bez namysłu, wyciągnęłam z niej telefon i nie patrząc, kto dzwonił, odebrałam. Byłam pewna, że tylko jedna osoba mogła do mnie zadzwonić, a mianowicie Kol.
- Witaj moja śliczna, a zarazem niebezpieczna wampirzyco.- przywitał się ze mną, tym słodkim, ohydnym głosem, od którego robiło mi się niedobrze. Ale robiłam dobrą minę do złej gry.
- Kol.- odparłam, jeszcze bardziej słodko, niż on.- Mój ogierze, jakie masz dla mnie wieści?
- A ty jak zwykle, od razu przechodzisz do konkretów.- powiedział zawiedziony.- Nadal nie rozumiem, dlaczego chcesz uwolnić Salvatora. Przecież moglibyśmy, od razu zacząć działać. On będzie, tylko kulą u nogi.
- To już moja sprawa co z nim zrobię.- warknęłam.-  To jak? Zrobiłeś, to o co cię prosiłam?
- Katerino, Katerino. Może trochę spokojniej i milej, co? W końcu mi też się coś za to należy. Pamiętaj, że w każdej chwili mogę cię wydać Klausowi.
- Nie.Denerwuj.Mnie.- syknęłam.- Miałeś załatwić tylko jedną głupią rzecz i jeśli tego nie zrobiłeś…
- Dobra, dobra.- odparł zrezygnowany.- Możesz przyjść od razu. Dopiero co wyszedł.
- To nie można było tak od razu mówić?- spytałam wkurzona, po czym się rozłączyłam i wyszłam z pokoju.
Złapałam pierwszą taksówkę. Usiadłam na tylnym siedzeniu i nerwowo przebierałam rękoma. Chociaż czas do przemierzania trwał niecałe 10 min, to wydawało mi się, jakbym jechała całą wieczność. Pośpiesznie zahipnotyzowałam taksówkarza, żeby zaczekał na mnie i ruszyłam w stronę posiadłości Klausa. Nie zdążyłam, nawet zapukać do drzwi. Otworzył mi je, roześmiany od ucha do ucha Kol. Zaprosił gestem ręki, żebym weszła do środka. I tak bym to zrobiła, nie musiał udawać dżentelmena.
- Gdzie on jest?- spytałam nerwowo.
- To zależy kogo masz na myśli, maleńka.- droczył się ze mną.
- Nie udawaj, jeszcze większego idioty, niż jesteś.- warknęłam.- Dobrze wiesz, o kogo mi chodzi.
- Skoro jestem idiotą, to zaraz zamknę cię razem z nim i poczekam na powrót mojego brata.- odpowiedział z chytrym uśmieszkiem.- Będzie miał dwie pieczenie na jednym ogniu. Z pewnością się ucieszy.
- Dobra, już nie zgrywaj takiego poszkodowanego.- syknęłam.- Chyba cię nie uraziłam?- położyłam rękę na piersi i zrobiłam smutną minę.
- Jest na dole w piwnicy.- odparł, beznamiętnym głosem.
- Dlaczego nie przyniosłeś go do góry? - zapytałam zirytowana.
- A czy ja wyglądam na tragarza?- uśmiechnął się i dodał.- To twój problem, radź sobie sama. Tobie na nim zależy, nie mnie.
- Ok, bez łaski.- rzuciłam.
W wampirzym tempie, poszłam na dół. Do moich nozdrzy, dotarł ohydny zapach stęchlizny. Drzwi, o dziwo nie były zamknięte na klucz. Miałam tylko nadzieję, że to nie była żadna pułapka. Popchnęłam je lekko i weszłam do środka. Panowały tu egipskie ciemności, dopiero po jakimś czasie mój wzrok przyzwyczaił się do mroku. To była mała klitka, w której znajdowało się pełno pajęczyn i pleśni.
- Damon, jesteś tu?- spytałam, przemierzając pomieszczenie.
 Cholera, nigdzie go nie widziałam, ani nie słyszałam. Już miałam wychodzić, ale zobaczyłam w kącie coś czarnego, zwiniętego w  kłębek, coś co przypominało postać. Przestraszyłam się, że przyszłam za późno. Nerwowymi i powolnymi krokami poszłam w jego stronę. Odwróciłam go i to co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Był w bardzo ciężkim stanie. Miał popalone całe ciało od werbeny, zsiniałe, wyschnięte i w głębokich ranach, które nie zdążyły się zagoić. Nie wiedziałam nawet, jak miałam go złapać, czy chociażby dotknąć. W takim stanie, nigdy go nie widziałam. Przeklęty, Klaus! Coś ty mu zrobił? Pogłaskałam go, delikatnie po włosach. To był mój Damon. Zrobiło mi się go szkoda, wiele razy miałam ochotę go zabić, ale ten widok mnie przeraził. Coś mnie ścisnęło w środku, nadal mi na nim zależało. Miałam słabość do obydwu braci.
- Kol, przynieś szybko, jak najwięcej krwi!- krzyknęłam najgłośniej, jak potrafiłam.
- Nie martw się, kochany.- mówiłam, nie przestając go głaskać.- Wyjdziesz z tego, uratuję cię.
No gdzie ten, cholerny Kol?- myślałam. Czy on produkował tą krew?! Mogłam wcześniej o tym sama pomyśleć i wziąć jakąś ze sobą. Ale skąd mogłam wiedzieć, że będzie w takim tragicznym stanie? Usiadłam na zimnej i cuchnącej podłodze, po czym wzięłam delikatnie jego głowę i położyłam ją na moich kolanach. Już niedługo zobaczę twój ironiczny uśmiech i niebezpieczny błysk w oczach- pomyślałam.- Nie wypuszczę cię, tak szybko. Plan poczeka.
- Pali się?- spytał Kol z zadziornym uśmiechem.- Masz.- rzucił mi, jeden z woreczków z krwią.
Odebrałam go od niego i rozerwałam energicznym ruchem. Przyłożyłam Damonowi do ust i przechyliłam woreczek.
- No, dalej.- niecierpliwiłam się.- Pij.
Na początku, krew wylewała się z jego ust, ale po jakimś czasie usłyszałam jak ją przełyka. Odetchnęłam z ulgą. Po kilku, może kilkunastu woreczkach nabrał kolorów i rany się zasklepiły na jego ciele. Otworzył oczy i spojrzał się na mnie ze zdziwieniem.
- Katherine?- wychrypiał, cichym głosem.- Co ty, tu robisz?
- Ratuję twój seksowny tyłeczek.- odparłam kokieteryjnie.- Wstawaj, nie mamy czasu. Musimy stąd wyjść, zanim wróci Klaus.
Pomogłam mu wstać i wsparłam go na moich ramionach. Widziałam, jak jeszcze nieudolnie stawia kroki. Ciekawe, jak długo leżał w tej niewygodnej pozycji? Chciałam podziękować Kolowi, ale nigdzie go nie widziałam. Musiał się, od razu zwinąć. Nieważne. Po jakimś czasie wyszliśmy z mieszkania i wsiedliśmy do taksówki.
*****

Elena

Całą noc nie spałam. Ciągle myślałam o Damonie. Miałam nadzieję, że nic mu się nie stało. Jeśli by było inaczej, nie darowałabym sobie tego do końca życia. To byłaby tylko i wyłącznie moja wina, przeze mnie wyjechał. Musiałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby mu pomóc. Dlatego Stefan był ostatnią deską ratunku. Przecież nie odwróciłby się od własnego brata?
Szybkim krokiem, wyszłam z domu. Nie zauważyłam, nawet krzątającego się po kuchni Jera, który coś do mnie mówił. Całkowicie go, zignorowałam. Moim jedynym celem było pójście do Stefana i proszenie go o pomoc. Przechodząc przez park, wpadłam na jakiegoś chłopaka. Tak mocno go popchnęłam, że przewróciłam go na ziemię i na nim wylądowałam. Poczułam jego perfumy, zapach ciała i pulsującą krew w jego żyłach. Zdałam sobie sprawę, że już od dawna, nic nie jadłam. Szybko z niego wstałam, otrzepując swoje ciuchy z piasku i liści. Kiedy znalazł się naprzeciwko mnie, mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Był wysokim blondynem, miał roztrzepane włosy do ramion, zielone oczy i zniewalający uśmiech. Nie miał więcej, niż 19 lat.
- Przepraszam, nie zauważyłam cię.- wydukałam, tym samym powstrzymując się przed rzuceniem na niego, z powodu mojego głodu.
- Nic się nie stało.- odparł rozbawiony.- Nie codziennie wpadają na mnie takie ślicznotki.
- Muszę już iść.- rzekłam, wymijając go.
- Zaczekaj.- złapał mnie za rękę i odwrócił w swoją stronę.- Zdradź mi chociaż swoje imię.
- Elena.- powiedziałam cicho.
- Piękne imię dla pięknej dziewczyny.- odparł z uśmiechem.- Jestem Jack, a to mój numer telefonu, jeśli chciałabyś się jeszcze spotkać.- podał mi swoją wizytówkę.
- Miło mi, ale ja naprawdę muszę już iść.- burknęłam.
- Nie wzięłaś, nawet mojego numeru.- powiedział rozczarowany.- Może wyskoczymy gdzieś wieczorem?
- Nie jestem zainteresowana.- warknęłam.
- Daj się namówić, chociaż na jednego drinka.- nalegał i zrobił smutną minkę. Przybliżył swoją twarz do mojej i objął mnie mocno w pasie. A ja jedyne, na co miałam w tym momencie ochotę, to poczuć smak jego krwi, ukoić pragnienie.
- Czy ty, nie rozumiesz? Powiedziałam, żebyś dał mi spokój!- krzyknęłam i wyrwałam się z jego objęć.
- Oj, malutka. Nie bądź taka.- uśmiechnął się i popchnął mnie na drzewo.
Próbował mnie pocałować, ale zrobiłam unik i wytrącona z równowagi, przejęłam inicjatywę. Teraz, to ja go przyciskałam do drzewa, ale miałam zupełnie inne plany. Jego oddech, mnie parzył w twarz. Słyszałam szybkie bicie serca i krążącą krew w jego żyłach. Wiedziałam, że to było złe, co miałam zamiar zrobić. Ale w tym momencie, mnie to w ogóle nie interesowało. Głód, z każdą chwilą, dawał mi się we znaki. Dziąsła niemiłosiernie mnie swędziały i cały świat, wszystkie problemy przestały dla mnie istnieć. Jedyne, o czym myślałam, to zatopić swoje kły w jego białej, odsłoniętej szyi. Spojrzałam mu głęboko w oczy i go zahipnotyzowałam.
- Nie krzycz i się nie bój. To nie będzie bolało.
Czułam wysuwające się kły i pojawiające się małe, wypukłe żyłki wokół moich przekrwionych oczu. Brutalnie wgryzłam mu się w szyję. Moje ciało wypełniała, jego ciepła i przepyszna krew. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio byłam taka szczęśliwa i spełniona. Było mi, tak cholernie dobrze. Smak krwi, odebrał mi zdrowy rozsądek, nie myślałam, nie zdawałam sobie z tego sprawy, że mogę go zabić. Nie mogłam się od niego oderwać, działałam jak w amoku, to było silniejsze ode mnie. Nagle poczułam, jak jego ciało robiło się wiotkie, a w jego ciele nie było, ani odrobiny krwi. Nie słyszałam pulsu, ani bicia serca. Puściłam go, spanikowałam. Zabiłam człowieka. O, Boże, co ja zrobiłam? Upadłam na kolana i przybliżyłam się do niego. Zaczęłam potrząsać jego ciałem, nie reagował. Nadgryzłam sobie nadgarstek i przysunęłam do jego ust, ale moja krew, z nich wypływała.
- Nie! Nie! Proszę.- krzyczałam, błagalnym tonem.- Ja…zabiłam. Jestem potworem.
Wytarłam brudny podbródek od jego krwi i otarłam spływające łzy. Biegłam, ile sił w nogach. Chciałam się znaleźć, jak najdalej. Chciałam zapomnieć. Zatrzymałam się przed Grillem. Bez namysłu, weszłam do środka i zamówiłam kieliszek czystej wódki. Cieszyłam się, że nie było akurat Matta na zmianie. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Wypiłam zawartość kieliszka, jednym haustem. Zamówiłam sobie jeszcze jednego i następnego. Potem straciłam rachubę, piłam bez umiaru. Nagle poczułam, jak ktoś mnie dotknął za ramię i usiadł obok mnie. Odwróciłam się niechętnie w stronę przybysza i zobaczyłam Stefana. Gestem dłoni, przywołał barmana i zamówił nam po drinku.
*****

Damon

- Dokąd lecimy?- warknąłem, niezadowolony tą całą sytuacją. Nie potrzebowałem litości. Nikt jej nie prosił o to, żeby mnie ratowała. Wolałem już tam umrzeć, niż teraz być na nią skazany.
- Nie wiem.- odparła.- Wsiądziemy w pierwszy, lepszy samolot.
Akurat dojechaliśmy na lotnisko. Pośpiesznie wysiedliśmy z taksówki i wzięliśmy nasze bagaże. Na tablicy odlotów, od razu, zwrócił moją uwagę lot do Savannah w stanie Georgia, który miał być za pół godziny. Ucieszyłem się, znałem tamte okolice jak własną kieszeń. A poza tym, byłbym bliżej Mystic Falls. Otarłem się o śmierć, więc zajrzałbym tam i zobaczył, co się zmieniło przez te kilka miesięcy.
- Savannah.- powiedziałem, pewnym siebie głosem.
- Co?- spytała zdziwiona.- Nie, nie. Musimy wyjechać jak najdalej stąd, Klaus nas nie może dopaść.
- Właśnie dlatego, musimy wyjechać teraz.- odparłem.-Najciemniej jest zawsze pod latarnią. To co, idziesz? Czy zostajesz?
- Mówię, ci, że to jest głupi pomysł. Wolałabym jechać, na przykład do Europy.- naburmuszyła się, ale ku mojemu zaskoczeniu podążała za mną.
- Wolałem cię, kiedy milczałaś.- przewróciłem oczami.
- Dupek! To ja zamówiłam taksówkę i nas spakowałam. Więc, do mnie powinien należeć wybór naszej podróży.- wysyczała.
- Oj, nie denerwuj się tak, bo jeszcze zmarszczek dostaniesz.- uśmiechnąłem się sarkastycznie, po czym dodałem.- Jeśli nie chcesz ze mną jechać, to nie musisz. Wybór należy do ciebie.
- Przez ciebie, razem utknęliśmy w tym bagnie.- burknęła.- Więc , teraz będziemy razem się przemieszczać, czy ci się to podoba, czy nie.- uśmiechnęła się perliście i zgrabnie mnie wyminęła, kiedy przechodziliśmy przez odprawę.
Zahipnotyzowaliśmy pracowników portu lotniczego, więc bez problemu mogliśmy się udać do samolotu. Na moje szczęście, nie było wolnych miejsc, koło siebie. Usiadłem całkiem z tyłu, a ona 5 rzędów przede mną. Chociaż, będzie chwila spokoju- pomyślałem. Postanowiłem się trochę zrelaksować i zasnąłem. Obudziłem się, kilka minut przed lądowaniem.

W wyborze hotelu, dałem jej wolną rękę. Niestety był wolny, tylko jeden apartamentowiec z jednym podwójnym łóżkiem. Nie byłem z tego faktu nadzwyczaj zadowolony, tak jak moja towarzyszka, która się chytrze uśmiechała. Apartamentowiec, jak apartamentowiec, nie wzbudzał we mnie żadnej ekscytacji, w niejednym już byłem. Po przekroczeniu progu, położyłem swoje walizki i udałem się prosto do łazienki.
- Mogę się przyłączyć?- spytała, po czym zarzuciła mi ręce na szyi i uśmiechnęła się.
- Zapomnij.- warknąłem i ściągnąłem jej ręce.- A i żeby było jasne, to ja śpię na łóżku. Przygotuj się na niewygodne spanie na kanapie.- odpowiedziałem, cały czas się śmiejąc i pogwizdując.
- Jeszcze zobaczymy, Salvatore kto gdzie będzie spać.- usłyszałem, za sobą z jakim jadem wypowiedziała słowa.
Zanurzyłem się w wannie. Tego było mi trzeba. W tym momencie, nie myślałem o niczym, tylko relaksowałem się spokojem. Nagle usłyszałem, jak ktoś wchodzi do łazienki. No tak, to mogła być tylko jedna osoba, Katherine. Ignorowałem ją.
- Pomyślałam, że czujesz się samotny w tej dużej wannie.- odparła słodko.- Dlatego, ci potowarzyszę.
- Nie krępuj się.- odparłem, w ogóle nie otwierając oczu.- Miejsca starczyłoby, jeszcze dla kilku innych panienek. Może zaraz je zawołam? Będzie zabawniej.- powiedziałem sarkastycznie, unosząc brew do góry.
- Taa, może od razu, zaproś cały hotel.- wysyczała wkurzona.
Ściągnęła kusy szlafrok, pod którym nie miała niczego. Mimo wszystko, brakowało mi tego, idealnego i pięknego ciała. Cholera, te jej krągłe biodra, pełne piersi i długie nogi, przyprawiały mnie o zawrót głowy. Włosy upięła w niedbały, luźny kok. Wyglądała zjawiskowo. Nie, nie- skarciłem się w myślach- Ta suka, nie będzie miała, tego czego chciała.
- Co ja ci takiego zrobiłam?- spytała oburzona, wchodząc do wanny.- Dlaczego tak, mnie nie lubisz?
- Myślę, że ty znasz lepiej odpowiedź na to pytanie.- zakpiłem.
- Staram się, naprawdę.- przybliżyła się do mnie, niebezpiecznie blisko.- Nieraz ratowałam ci tyłek, a ty tak mi się za to odpłacasz?- usiadła na moich kolanach i zaczęła wodzić rękoma po moim torsie.
- A czego się spodziewałaś?- spytałem z ironią.- Miałem ci za to podziękować i zapomnieć wszystkie twoje występki?
- Wystarczyłoby, jakbyś mi podziękował, tylko w jeden sposób.- wyszeptała do mojego ucha i kołysała powoli biodrami, ocierając piersiami o moją klatkę.
- Mieliśmy grać na moich zasadach.- wysapałem.- Zapomniałaś?
- Oczywiście, że nie.- jęknęła, kiedy zacząłem mocno ugniatać jej piersi i całować szyję.- Powiedz, co mam robić, panie Salvatore.
- Grzeczna dziewczynka.- odparłem usatysfakcjonowany i pociągnąłem ją do tyłu za włosy, żeby mieć lepszy dostęp do jej szyi. Przesuwałem ręce coraz niżej i zacząłem głaskać jej uda.
- Połóż ręce na moim torsie i przejedź po nim paznokciami.- dodałem. Nie musiałem, długo czekać na jej reakcje. Zaczęła mnie intensywnie drapać, zostawiając długie rysy i płynącą strugę krwi na moim ciele. To było, tak cholernie podniecające.
- Masochistyczny dupek, to mi się podoba.- odparła.- Mogę?- zapytała, patrząc na spływającą krew. Przytaknąłem. Zaczęła pazernie, zlizywać krew z mojego torsu.
Kiedy się ode mnie oderwała, wpiłem jej się brutalnie w usta. Jęknęła, gdy wdarłem się językiem do jej ust. Całowałem ją zachłannie, ona również nie była mi dłużna. Oddawała pocałunki z jeszcze większą pasją. Sunąłem rękoma po jej plecach, zostawiając na nich krwawe ślady. Czułem rosnące między nami napięcie. Uniosłem jej biodra do góry, po czym usadowiłem je, na moim twardym członku.
- A teraz, poruszaj się w przód i tył.- nakazałem.
W tym czasie, zacząłem ponownie ją całować, zjeżdżając pocałunkami na jej brodę i szyję, zostawiając czerwone ślady. Katherine poruszała się w swoim rytmie, zataczając koliste ruchy i odchylając głowę do tyłu. Kiedy byłem już u szczytu wytrzymałości, zaciskała na moim członku mięśnie pochwy, opóźniając mi tym samym osiągnięcie orgazmu.
- Nie tak się umawialiśmy, ty mała suko.- wysyczałem, jednocześnie wkurzony i podniecony. Po czym sprawnym ruchem, przewróciłem ją na plecy. Uderzyła głową o krawędź wanny, ale mnie to nie obchodziło.
- Jesteś pojebany!- krzyknęła, dotykając się bolącego miejsca na głowie.
- A ty nieposłuszna!- warknąłem.
Bez żadnego ostrzeżenia, wszedłem w nią i  poruszałem się głęboko i szybko. Próbowała się wyrwać, ale skutecznie jej to uniemożliwiałem, mocno trzymając ją za ręce.
- Zostaw mnie, ty sadysto!- krzyczała
- Spodoba ci się.- wysapałem podniecony do jej ucha.- Przecież sama mnie nauczyłaś brutalnego i ostrego seksu. Lubiłaś to.
Widziałem jak odpuszczała i zaczęła coraz głośniej sapać. Poczułem jej ręce błądzące po moich plecach i złapałem stałe tempo. Poruszałem się coraz szybciej, co najwyraźniej sprawiało jej to ogromną przyjemność.
- Szczytuj pierwsza!- rozkazałem.
Nie musiałem, długo czekać na jej reakcje, zaczęła wić się pode mną i krzyczeć głośno z podniecenia. Później osiągnąłem orgazm i wlałem w nią ciepły płyn, przy tym wgryzając się w jej szyję. Cóż to było, za przyjemne i ekscytujące uczucie. Oboje opadliśmy w wannie, nadal głośno łapiąc powietrze. Po czym, wyszliśmy z zimnej wody, owinęliśmy się ręcznikami i udaliśmy się do pokoju.




środa, 8 stycznia 2014

Rozdział IV

Elena

„Kochany pamiętniku,
Przez cały czas, wmawiałam sobie, że można się poddać, żyć spokojnie i nie martwić się nadchodzącym dniem. Bałam się zaryzykować i spróbować innego życia. A może tak naprawdę nigdy o tym nie myślałam? Bo tak mi było wygodnie, bo miałam wszystko czego potrzebowałam? Jera, kochanych przyjaciół i Stefana…no właśnie, skoro mowa o nim, to pomyślałam, że przyszedł czas na zmiany. Nie mogę dłużej go okłamywać, a tym bardziej samej siebie. Koniec z głupimi wymówkami i mówieniem wszystkim wokół, że jest dobrze, że jestem szczęśliwa. Od dziś wszystko się zmieni, ja się zmienię i będę mówiła prawdę. Najpierw zacznę od Stefana, już nie stchórzę, nie ucieknę i nie będę się blado uśmiechać. Ale z drugiej strony prawda jest taka, że się boję, cholernie boję…a jeśli Stefan zostanie rozpruwaczem, a ja będę miała przez to wyrzuty sumienia? Nie, nie mogę uciec od prawdy, muszę być silna. Nawet jeśli dam sobie choć odrobinę szczęścia i cały świat runie, a ja wraz z nim. Przetrwam, dam sobie radę! Muszę znaleźć Damona i powiedzieć mu co do niego czuję, błagać o wybaczenie i zrozumienie mojego wcześniejszego zachowania. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale coś wymyślę. Po pierwsze muszę poskładać wszystko do kupy, a mianowicie przygotować na zmiany moich najbliższych. Jak na razie tylko Caro jest wtajemniczona, chociaż pewnie i tak prędzej czy później wypapla wszystko Bonnie.- zaśmiałam się pod nosem.- Ale ona taka już jest, najlepsza przyjaciółka na świecie. Zapomniałam o Jeremim, a jak on na to zareaguje? Będzie mi prawił morały, czy zaakceptuje moją decyzję? Przecież on już jest dużym chłopcem, nie będę go niańczyć przez całe życie. Pewnie on jak i Bonnie będą mi odradzać i mówić, że popełniam największy błąd w swoim życiu, ale się tym nie będę przejmować. W końcu to jest moje życie i powinni to uszanować. Choć raz chce coś zrobić dla siebie, nie myśląc o tym jak zareagują na to inni. Jak się komuś coś nie podoba, to już jest jego problem. Ja chcę żyć pełnią życia i cieszyć się z każdego dnia, chcę zaszaleć, bawić się i nie przejmować tym, co będzie dalej. Takie atrakcje może zapewnić mi tylko jedna osoba, a mianowicie Damon. Najchętniej to bym już teraz wsiadła w najbliższy samolot, poleciała i go szukała. Tylko gdzie? Gdzie mógł się udać najbardziej rozrywkowy i nieprzewidywalny wampir? Możliwości jest dużo, a pomysłów brak…No nic, później się nad tym będę zastanawiać. Teraz muszę zakończyć jeden związek, żebym mogła zacząć następny.”

Zamknęłam pamiętnik i schowałam go głęboko do torby. Tak, znowu się spakowałam, ale tym razem już nie będę się rozpakowywać. Chyba, że w moim starym domu. Nie uprzedziłam jeszcze Jera, ale jakby co może Caro mnie przygarnie. No gdzie ten Stefan?- chodziłam zniecierpliwiona po pokoju i myślałam jak najprościej mu to wszystko wyjaśnić. Miałam mu powiedzieć, tak prosto z mostu, czy może bardziej delikatnie? Modliłam się tylko o to, żeby nie zabrakło mi odwagi. Musiałam spojrzeć prawdzie w oczy, nawet jeśli oznaczałoby to samotne życie, ale przynajmniej nie musiałabym już nikogo oszukiwać. Zeszłam na dół i udałam się do salonu. Szukałam jakiegoś mocnego trunku, znalazłam jeszcze jedną butelkę whiskey. Wzięłam duży łyk złocistego napoju, nawet nie fatygowałam się, żeby wlać sobie go do szklanki. Mimo tego, że skrzywiłam się od mocnego alkoholu, wypiłam jeszcze jeden łyk  i następny. Zakręciło mi się w głowie i z trudnością dotarłam do kanapy. Nawet jako wampir nadal miałam słabą głowę do alkoholi. Odłożyłam butelkę i wciągnęłam głośno powietrze, pomyślałam, że już się wystarczająco przygotowałam do rozmowy ze Stefanem. Niestety nie usiedziałam zbyt długo, przechadzałam się w tą i z powrotem, cała się trzęsłam, alkohol nie pomógł tak jakbym tego po nim oczekiwała. Chciałam mieć już tą rozmowę za sobą, móc planować dalsze życie. Co on tak długo robi w lesie?- zastanawiałam się, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. A może już coś podejrzewał wcześniej i dlatego tak się ociąga z przyjściem do domu? Byłam coraz bardziej zdenerwowana. Podskoczyłam jak oparzona, kiedy poczułam obejmujące mnie z tyłu ręce. Już miałam odepchnąć napastnika, ale usłyszałam dobrze znany mi głos.
- Nawet jako wampir, jesteś czasami troszkę strachliwa.- odparł Stefan, śmiejąc się .-Po pierwsze nie jestem strachliwa, a po drugie dlaczego on musi być w dobrym humorze? Ale może dzięki temu łatwiej to zniesie?- Coś nie tak? Jakoś dziwnie się zachowujesz? Czy ty się trzęsiesz?- dopytywał się.
- Musimy porozmawiać.- odpowiedziałam stanowczym głosem.- Muszę przestać cię okłamywać. Chcę być z tobą szczera. Zależy mi na tobie i na twoim szczęściu, naprawdę.
Nie sądziłam, że powiedzenie prawdy też może się okazać trudne. Z każdym wypowiedzianym słowem, czułam napływające do oczu łzy. Widziałam jak twarz Stefana się zmienia, chyba już sam się domyślał co chce mu powiedzieć.
- Eleno, może najpierw usiądziesz i się uspokoisz.- powiedział spokojnym głosem.
- Nie, nie chce siadać!- krzyknęłam.- Jeśli nie powiem ci tego teraz, to nigdy tego nie zrobię.
- Dobrze, jak chcesz.- powiedział zrezygnowany.- A więc słucham, co takiego chcesz mi oznajmić?
- Stefan, ja…nasza miłość była piękna, prawdziwa i magiczna. Ale my nie żyjemy w bajce, tylko w prawdziwym świecie, takie cuda się nie zdarzają. Nie będziemy żyć szczęśliwie i wiecznie. Wiele rzeczy nas poróżniło, począwszy od mojego wampiryzmu. Przez moment, mały moment myślałam, że możemy być razem na zawsze, że nic nie będzie stało nam na przeszkodzie. Ale się myliłam.- odparłam smutnym głosem. Usiadłam obok niego i wzięłam  go za rękę. Nie reagował, siedział jak posąg i beznamiętnie wpatrywał się w podłogę.- Stefanie, dla mnie to też jest trudne. Proszę, spójrz na mnie. Kocham cię, ale już nie tak jak kiedyś, moje uczucie do ciebie się…wypaliło.
- Rozumiem.- odparł po chwili ciszy, nadal wpatrując się w ten sam punkt.- Potrzebujesz przerwy. Ile ci potrzeba? Tydzień? Miesiąc?
- Źle mnie zrozumiałeś. Ja nie chce przerwy.- powiedziałam.- Ale przecież możemy być przyjaciółmi, nie zostawię cię w potrzebie. Zawsze będziesz mógł się zwrócić do mnie, jak będziesz czegoś potrzebował. Nie odwrócę się od ciebie.
- Czy ty ze mną zrywasz na zawsze?- wstał roztrzęsiony z kanapy. Widziałam w jego oczach straszny ból, smutek i cierpienie. Potwierdziłam potakująco głową i powiedziałam łamiącym się głosem.
- Przepraszam, ja nie chciałam, żeby to tak wyszło.- zaniosłam się płaczem i upadłam na kolana.- Wybacz mi, wybacz, że cię tak długo zwodziłam i okłamywałam.
-Stefanie.- wstałam z podłogi podeszłam do niego. Położyłam rękę na  jego ramieniu, ale on ją strącił.- Nie odtrącaj mnie. Nie możesz się załamać, musisz się pogodzić z prawdą. Zrozum będąc razem, unieszczęśliwialiśmy siebie nawzajem. Bądźmy przyjaciółmi.
- Przyjaciółmi?- prychnął.- I co dalej? Będziemy się spotykać ze znajomymi, chodzić do baru, grać w bilard? Wybacz, ale ja tak nie mogę.
- Kiedyś musiało to nastąpić.-odparłam bezradna.
- Nie nastąpiłoby, gdybyś nie była taką dziwką jak Katherine!- wykrzyczał mi w twarz. Tego już było za wiele. Co on sobie myślał, że wszystko mu wolno? Bez namysłu, wymierzyłam mu siarczystego liścia.
- Nigdy więcej, tak do mnie nie mów! Nie jestem taka sama,  jak ta wampirza dziwka.- odparłam wytrącona z równowagi, po czym dodałam.- I ja się ciebie szkodowałam? Wiesz co, jeśli chcesz wiedzieć, co było przeszkodą, to ci powiem. Damon, to jego kocham nad życie i to z nim chce być.
Po tych słowach, udałam się z wampirzą szybkością na górę, żeby zabrać swoje rzeczy. Nie było mi go w tym momencie szkoda. Jak on śmiał, tak mi powiedzieć? Schodząc na dół, nawet nie zaszczyciłam go spojrzeniem, tylko wybiegłam z domu i trzasnęłam za sobą drzwiami.

*****

Caroline

Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i sama porozmawiać z Bonnie. Miałam tylko nadzieję, że Elena nie będzie miała mi tego za złe. W końcu zrobię to dla jej dobra. Ktoś musi. Byłam już przed drzwiami mulatki. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam delikatnie do drzwi.
- Caroline?- spytała zdziwiona i zaspana przyjaciółka.- Co ty tutaj robisz o tak wczesnej porze?
No tak, cholera- zapomniałam, że 10 rano to dla Bonnie jeszcze nie pora do wstawania. Lubi strasznie długo spać, dlatego byłam troszkę zaskoczona, że tak szybko mi otworzyła. Czyżby miała lekki sen?
- Bonnie.-odparłam radośnie.- A wiesz, tak jakoś nie mogłam spać i pomyślałam o tobie. Dawno nie rozmawiałyśmy tak od serca. Brakuje mi tych naszych pogawędek przy herbatce. Mogę wejść, czy będziemy rozmawiać w przejściu?- zapytałam z rozbawieniem.
- Och, jasne wchodź.- odburknęła trochę niezadowolona.
- Jeśli przeszkadzam, to możemy się później spotkać. Nie chce się narzucać. Chciałam tylko..
- Ok, nie ma sprawy. Chodź, wstawię wodę na herbatę.- weszła mi w zdanie.
- No dobrze.- powiedziałam i przekroczyłam próg mieszkania, kierując się bezpośrednio do salonu. To co tam zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Na podłodze, stoliku i kanapie były porozrzucane księgi, jakieś kartki, świece i leżały kubki po kawie.
- Może wypijemy w kuchni?- spytała cicho.
- Bonnie, co tu się stało? Twój salon wygląda jakby przeszło tu jakieś tornado.- stwierdziłam nadal zszokowana.- Masz jakieś problemy? Dlaczego nic nam nie powiedziałaś? Przecież wiesz, że zawsze możesz na nas liczyć, na mnie.
- To nic takiego, po prostu chciałam poćwiczyć zaklęcia.- odparła niczym niewzruszona.
- I dlatego urządziłaś z salonu pobojowisko?- weszłam głębiej, uważając, żeby na nic nie ustać. Chciałam się dowiedzieć, o co tak naprawdę chodzi. Ale było mi to niedane, ponieważ usłyszałam zdenerwowany głos przyjaciółki.
- Nie ruszaj niczego, jeszcze coś pomieszasz. Chodź do kuchni.
- Nie, najpierw chcę wiedzieć, co tu jest grane. – odparłam głosem nieznoszącym sprzeciwu i założyłam ręce na biodrach.
- Nic.- powiedziała, po czym spuściła na dół głowę, unikając mojego wzroku.- Caroline, jednak niepotrzebnie tu przyszłaś. Spotkamy się później w Grillu, dobrze?- spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem, jakby bała się, że odkryję prawdę.
- Wiesz, co mam lepszy pomysł.- odparłam zadowolona i wyciągnęłam z torebki wódkę. Udałam się do kuchni w celu znalezienia szklanek i jakiegoś soku. Bonnie patrzyła się na mnie zdezorientowana. Wiedziała, że teraz nie ucieknie od rozmowy. Ja się nigdy tak szybko nie poddawałam. Musiałam wiedzieć, o co chodzi.
- No siadaj.- zachęcałam ją.- Dzięki temu gadka przyjdzie szybciej.- polałam do szklanek trunku i dodałam soku. Podałam jedną przyjaciółce i wyczekiwałam z zniecierpliwieniem, aż zacznie coś mówić.
- Ok, skoro miałyśmy porozmawiać od serca.- zaczęła niepewnie.- To chyba o relacje twoje i Matta nie muszę pytać, bo wam się układa. Zresztą tak samo, jak u mnie i Jera. Także na tym, koniec naszej rozmowy. Nie mam ochoty na wzajemne chwalenie się naszymi związkami.
Wstała i już chciała wstać, ale złapałam mocno ją za rękę i wskazałam głową, żeby z powrotem zajęła miejsce. Spojrzała się na mnie ze zrezygnowaniem, więc rozluźniłam uścisk.
- Nie tak szybko. Zobacz nie wypiłaś nawet jednego drinka, a już mnie wyganiasz.-uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie.
- Wcale cię nie wyganiam. Po prostu nie mam ci nic do powiedzenia.- oznajmiła.
- Jesteś pewna? – spytałam się.
- Dobrze, wygrałaś.- odparła bezradna.- Od niedawna zaczęłam praktykować ekspresję. Czytałam, że jest niebezpieczna i trudna do kontrolowania. Stąd te tornado w moim salonie. Od wczoraj szukam skutecznego sposobu na poradzenie sobie z nią, ale nic nie znalazłam. W internecie znalazłam artykuł o profesorze Shanie, który pomaga młodym i niedoświadczonym czarownicom. Postanowiłam więc, że skorzystam z jego pomocy w ostateczności. I chyba właśnie, nadszedł ten dzień. To tyle.
- Ale po co się wzięłaś za coś tak trudnego? Nie możesz zacząć od prostych zaklęć?- dopytywałam się, jednocześnie zamartwiając się o przyjaciółkę.
- Właśnie nie, to jest jedyny sposób, dzięki któremu będę mogła odzyskać moje moce.- powiedziała smutnym głosem. Widziałam jak jest jej z tym ciężko. Pomyślałam, że jej pomogę i pojadę z nią do tego profesorka. Nie mogę przecież pozwolić jechać jej samej.
- Pomogę ci.- zaoferowałam się.- Pojadę z tobą do tego Shane’a . To kiedy wyruszamy?- zapytałam z entuzjazmem.
- Naprawdę? A co z Mattem? – zdziwiła się.- On mieszka w Atlancie, a to jest jakieś 3 godziny jazdy samochodem. Jeszcze nie wiadomo czy go zastaniemy i byśmy musiały wynająć pokój w hotelu.
- Jak kocha, to poczeka.- odparłam rozpromieniona, na myśl o tym, że się choć na chwilę ruszę z Mystic Falls. Gdyby nie Matt, to już dawno bym stąd wyjechała, ale nie mogłam go przecież zostawić. Nie po tym, co razem przeszliśmy.- A więc, kiedy mam się spakować?
- Wyjeżdżamy jutro z samego rana.- powiedziała zdecydowanym głosem.
- To super. Idę jeszcze do Matta, a potem się spakuję i jutro przyjadę do ciebie.-stwierdziłam, po czym wstałam i ją przytuliłam.
- Caroline.- zawołała za mną, kiedy wychodziłam.- Dziękuję.
- Och, daj spokój.- machnęłam ręką i się z nią pożegnałam.
Kiedy byłam już w Grillu, przypomniał mi się cel pójścia do przyjaciółki. Ale teraz nie miałam zamiaru zawracać jej głowy Damonem, gdy sama miała ważniejsze sprawy na głowie. Elena także była moją przyjaciółką, ale przecież mogła sobie sama z nim poradzić. Wystarczy, że będzie do niego wydzwaniała, aż do skutku. A jeśli i to nie pomogłoby, to wtedy Bonnie jak tylko odzyskałaby moce, będzie mogła go namierzyć. Byłam bardzo podekscytowana tym wyjazdem, miałam tylko nadzieję, że mój chłopak nie będzie mi z tego powodu prawił morałów.
*****


Damon

 - Wstawaj.- usłyszałem głos Klausa.
 Byłem taki wykończony i bezsilny. Wiem, że wampiry tak szybko nie wysychają, ale ja się tak czułem. Nie wiedziałem dokładnie, jak długo się tu znajdowałem. Wszystko co widziałem, to tylko ciemność, wolałem oszczędzać latarkę. Z niechęcią uniosłem powieki i spojrzałem się na niego ze złośliwym uśmieszkiem. To nie było dobre zagranie, bo od razu oberwałem dwa kopniaki w brzuch. Oj, chyba ktoś, tu nie jest w humorze- pomyślałem.
- I co tak cię bawi Salvatore?- spytał zirytowany, po czym podniósł mnie z podłogi i zaprowadził w stronę krzesła.
- Ty.- odparłem z rozbawieniem.- Ta cała szopka, na co ci to? Naprawdę, aż tak się nudzisz, że postanowiłeś się znęcać nad biednym wampirem.- przekręciłem oczami i położyłem rękę na piersi udając niewinnego i bezradnego.
- Zobaczymy, czy teraz też się będziesz tak śmiał?- spojrzał na mnie z wrogością w oczach i wyciągnął z worka grube łańcuchy i coś co przypominało kolczatkę. Jednym, zwinnym ruchem obwiązał mnie nimi i założył kolczatkę na szyi.- Nadal masz ochotę na żarty?
- Nie sądzisz chyba, że przestraszyłem się takiej zabaweczki.- przekomarzałem się z nim, choć doskonale o tym wiedziałem, że jeszcze bardziej go tym rozzłoszczę.
Nie musiałem długo czekać na jego reakcje. Pociągnął za sznur, który był umocowany do kolczatki, sprawiając, że kolce wbijały mi się w szyję. Ciągnął tak raz, za razem, aż w końcu straciłem rachubę w liczeniu. Zaciskałem zęby z bólu. Nie dałem mu tej satysfakcji i nie krzyczałem ani nie prosiłem o litość. Byłem w stanie znieść nawet najgorszy ból. Widziałem, że nie był z tego zadowolony. Ten sadystyczny psychopata lubił słuchać krzyków przepełnionych bólem. To był raj dla jego uszu. Nawet ja nie byłem, aż tak popieprzony. Ciekawiło mnie tylko, kiedy mu się to znudzi, znając jego, długo nie wytrzyma. Miałem rację, w końcu puścił sznur. Zdziwiłem się, kiedy wyciągnął z torby butelkę z krwią. Podszedł do mnie i wlał mi ją do gardła. Na początku, niczego nieświadomy się ucieszyłem. Już dawno nie piłem, a poza tym straciłem dużo krwi, przez co byłem jeszcze bardziej osłabiony. Niestety moje szczęście trwało krótko, zacząłem się krztusić. Czułem jak cały od środka płonę. Ten idiota dodał werbenę- stwierdziłem wkurzony. Nie przestawał mi jej wlewać,  a ja myślałem, że dłużej już nie wytrzymam. Za wszelką cenę, udawałem twardego i nie wydobywałem z siebie żadnego dźwięku, ani nie wyrywałem się. Wszystko od środka mi płonęło, począwszy od gardła, aż po żołądek. Ból był nie do zniesienia . Wolałbym, żeby od razu przebił mnie kołkiem i byłoby po sprawie.
- Salvatore, nie udawaj takiego twardego.- odparł z chytrym uśmieszkiem, nie przestając tortur.- Naprawdę nie chcę cię zabić, nie teraz, ale ty najwyraźniej mi tego nie ułatwiasz. Wystarczy, że tylko poprosisz, a przestanę. No chyba, że wolisz zdychać w mękach. Nowej krwi nie dostaniesz.
W tym momencie wolałem, jak to nazwał zdychać w mękach niż błagać go o litość. Miałem już tego wszystkiego serdecznie dosyć. Chciałbym wyjść na wolność, cieszyć się życiem. Dlaczego, zawsze muszę mieć takiego pecha? Nie wiem ile minęło czasu, ale w końcu skończyła się krew. Przyzwyczaiłem się do palącego gardła i całego ciała, także aż tak dużej różnicy mi to nie zrobiło. Jedyne co słyszałem, to tylko sarkastyczny śmiech Klausa, któremu zapewniłem rozrywkę.
- Dobra, na dziś już chyba ci wystarczy. I tak marnie wyglądasz.- powiedział rozpromieniony.- W takim stanie, to żadna laska by na ciebie nie poleciała. Nawet świętobliwa Elka.
- Daruj sobie i z łaski swojej wyjdź.- wysyczałem przez zęby.
-Oj, coś się nagle taki nerwowy zrobiłeś? Czyżbym uraził cię, wspominając o Elenie?-zapytał, wciąż się przy tym dobrze bawiąc. Podszedł do mnie i uniósł mój podbródek do góry, po czym spojrzał mi w oczy i powiedział.
- Powinieneś się pogodzić z tym, że ona zawsze wybierze Stefana. Ty byłeś tylko dobry, jak nie było go w pobliżu. A kiedy znowu stał się dobry i kochany, olała cię. Dlatego uciekłeś, chciałeś zapomnieć, ale nadal ją kochasz.
- Zamknij się!- krzyknąłem resztkami sił.- To nie jest twoja sprawa.
- Co, prawda w oczy kole?-spytał.
A we mnie się wszystko jeszcze bardziej gotowało, od palącej w moim organizmie werbeny.  I nie tylko. Byłem tak wściekły na Klausa, jak nigdy. Dobrze, że chociaż nie wiedział o moich i Eleny potajemnych schadzkach, pewnie miałby jeszcze większą frajdę.
- Lepiej od razu mnie zabij.- odparłem z jadem w głosie.- Wolę to, od powolnej śmierci.
- Ale jak teraz cię zabije, to z kogo będę się nabijać?- zrobił smutną minkę.- Nawet jakbyś mnie prosił, to nie zrobię tego, żeby ci ulżyć w cierpieniach.
Rozerwał łańcuchy, którymi nadal byłem związany, po czym z powrotem je schował do torby. To samo uczynił z kolczatką. Naruszył, niezagojone się jeszcze rany na mojej szyi i krew na nowo zaczęła się z niej sączyć. Byłem coraz bardziej bezsilny, rany w ogóle się nie chciały goić. Nie miałem nawet siły, żeby wstać z tego cholernego krzesła, które było niemiłosiernie twarde i strasznie niewygodne. Klaus musiał zauważyć moje nieudolne próby podniesienia się, bo szarpnął mną dość gwałtownie . Wszystko na nowo mnie zabolało ze zdwojoną siłą, ale nie dawałem tego po sobie poznać. Rzucił mnie, gdzieś w kąt.
- To jeszcze nie koniec.- powiedział na odchodne.- Do zobaczenia jutro.- wyszedł zamykając drzwi na klucz.
Cały czas huczało mi w głowie, to co powiedział o Elenie. Wiem, że miał racje, we wszystkim. Jak Stefanek był rozpruwaczem i wybijał wioski razem z Klausem, to byłem dobry. Byłem na każde jej cholerne zawołanie. Elenka miała problem, to ja leciałem jak głupi, tylko żeby jej pomóc, żeby nic się jej nie stało. A ona tak mi się tym odpłacała. Może gdybym traktował ją tak samo jak wszystkich, nie zrobiłaby ze mnie takiego idioty. Teraz już się nie dam nabrać na te jej słodkie oczka i to jej ciągłe powtarzanie, że byłem dla niej ważny i musiałem być cierpliwy. Za każdym razem, jak tylko wspominałem nasze pożegnanie, miałem ochotę zawrócić, objąć ją i nigdy nie wypuścić. Nie miałem pojęcia do czego byłem jej potrzebny, skoro miała przy sobie Stefka. Kochała mnie?  Może, ale na pewno nie tak jak jego. One wszystkie kochały i pokazywały się publicznie tylko z moim braciszkiem, nie ze mną. Mnie się wstydzą? A może, to była tylko taka gra? Nieważne i tak pewnie nie będę miał okazji się o tym przekonać. Klaus tak szybko mnie nie wypuści, chyba że znajdzie sobie jakiegoś innego kozła ofiarnego, wtedy bez mrugnięcia okiem, mnie zabije. To by było najlepsze rozwiązanie i tak nikt by tego nie zauważył i nie płakał po mnie. Komu byłoby mnie szkoda? Stefanowi? Wątpię, miałby Elenę tylko i wyłącznie dla siebie, nie musiałby się zastanawiać, czy nie wrócę któregoś dnia i nie namieszam jej w głowie. Elenie, pewnie też by to było na rękę, skończyła by się jej wieczna udręka z zastanawianiem się, którego z nas wybrać na zawsze. Reszta mieszkańców mnie nienawidzi, więc moja śmierć byłaby dla nich wybawieniem. Zapomniałem jeszcze o Katherine. No tak, tej suce pewnie byłoby przykro tylko na początku, dopóki nie znalazłaby sobie drugiego takiego samego jak ja kochanka, który by spełniał wszystkie jej zachcianki. Co ja wygaduje?- biłem się w myślach. Przecież nikt mi nie dorówna w sprawach łóżkowych, także biedna panienka Pierce byłaby niezaspokojona do końca swojego wiecznego życia. Cholera, żarty żartami, ale potrzebowałem krwi. A, żeby zasklepiły się wszystkie rany, musiałbym wypić ją z kilku ludzi.
- Klaus, ty skurwysynie, niech cię diabli wezmą.- wysyczałem, zwijając się z bólu i bezradności.

*****

Elena

Właśnie przygotowywałam kolacje dla mnie i Jera. Już zapomniałam, jaką frajdę sprawiało mi robienie posiłków w kuchni. Moją specjalnością zawsze był kurczak w parmezanie, ziemniakami i surówką.  Byłam tego świadoma, że takie jedzenie przygotowywało się na obiad, ale postanowiłam trochę porozpieszczać mojego braciszka. Przynajmniej skończył z pustym i niezdrowym jedzeniem z puszek i fast foodów. Bonnie i Caroline miały jutro rano wyjechać. Znowu będę sama, a tak bardzo chciałabym z kimś porozmawiać. A Matt, czy mój brat, raczej nie nadawali się na tego typu rozmowy. Skończyłam przygotowywać kolacje, nałożyłam posiłek na talerze i wlałam sok pomarańczowy do szklanek. Zaniosłam wszystko do salonu, gdzie Jeremy grał na konsoli.
- Oo.- zdziwił się mój brat.- Co to dziś za święto? Nie dość, że taka wystawna kolacja, to jeszcze do tego będziemy jeść w salonie.
- A to nie można już tak bez okazji, tutaj zjeść?- spytałam, uśmiechając się przy tym.- Kończ grać i zasiadaj do stołu, bo ci wystygnie.
- Już myślałem, że wyluzowałaś .-odparł bezradny, po czym zapytał z uśmiechem.- Może mam iść jeszcze umyć rączki?
Przewróciłam tylko oczami i rzuciłam w niego poduszką. Wskazałam głową, żeby usiadł do stołu.
- Wiem, że to nie moja sprawa.- zaczął niepewnie, jakby obawiając się mojej reakcji.- Ale czy, nie powinnaś się, no wiesz, smucić, być przygaszona, itd. Przecież wczoraj rozstałaś się ze Stefanem, a tryskasz energią jak nigdy.
Zbił mnie z pantałyku, tym co powiedział. Sama chciałabym, znać na to odpowiedź. Czyżbym w ogóle już nie kochała Stefana? Nie zależało mi na nim? Nie myślałam o nim, nie zastanawiałam się, co robił, jak się czuł. Moje myśli zaprzątała tylko jedna osoba, Damon. Musiałam się z nim skontaktować, będę dzwoniła aż do skutku. W końcu, kiedyś będzie musiał odebrać.
-Halo.- pokiwał mi przed oczami Jer.- Wymyśliłaś w końcu jakąś sensowną wymówkę? Czy nadal będziesz kłamać?
- Nie, nie będę kłamać.-odparłam stanowczym głosem i wzięłam do ust kęs mięsa, które już było zimne. Tak się zamyśliłam, że zupełnie zapomniałam o jedzeniu.- Porozmawiamy o tym jutro. Dobrze?
-Ale…- weszłam mu w zdanie i wstałam, udając się do mojego pokoju.
- Ja zrobiłam kolacje, także ty posprzątasz.-powiedziałam.- Idę się położyć, jestem zmęczona.
Weszłam po schodach, do mojego pokoju i rzuciłam się na łóżko. Tak naprawdę, wcale nie byłam śpiąca, tylko nie chciało mi się tłumaczyć przed Jerem. Znowu uciekałam przed prawdą? Nie, najpierw musiałam się dowiedzieć, co się działo z Damonem. Wyciągnęłam telefon z kieszeni i wybrałam jego numer. Po usłyszeniu pierwszego sygnału, serce biło mi jak oszalałe, na myśl, że niedługo z nim porozmawiam i powiem mu co do nie go czuje. Najbardziej obawiałam się tego, że mnie wyśmieje albo oleje. W sumie, to nie byłoby w tym nic dziwnego, zasłużyłabym sobie, na takie traktowanie z jego strony. Mimo wszystko, musiałam mu wyznać miłość, nawet jeśli miałoby to być przez telefon. Po kilku długich sygnałach, odłożyłam telefon. Ponownie zadzwoniłam po kilku, może kilkunastu minutach, sama już nie wiem. Nie zwróciłam na to uwagi, ile czasu upłynęło. Tym razem, odebrał po 3 sygnałach.
- Damon?- spytałam, łamiącym się głosem.- Halo? Jesteś tam? Wszystko w porządku? Proszę, odezwij się…
- Witaj Eleno.- to, kogo usłyszałam po drugiej stronie słuchawki, zupełnie mnie sparaliżowało. Miałam przed oczami najczarniejsze wizje. Zaczęłam się zastanawiać, co ten bydlak z nim zrobił i dlaczego odebrał jego telefon?- Kol, jeśli cokolwiek zrobiłeś Damonowi, to wiedz, że…
- Mhmm.- zamruczał.- Lubię, takie ogniste kobiety, a tym bardziej młode wampirzyce, które muszą wyładować swoją energie i nigdy nie mają dosyć.
- Nie mam ochoty wysłuchiwać tych bredni!- krzyknęłam.- Daj mi Damona do telefonu, w tej chwili.- powiedziałam głosem, nieznoszącym sprzeciwu.
- Kochana, nawet jakbym wiedział gdzie jest, to i tak bym ci go nie dał.- odparł z uśmiechem.- Swoją drogą, to całkiem ciekawe, co robi telefon twojego kochasia w domu mojego brata.
- Jak to? Czyli to znaczy, że Damon jest u Klausa? Gdzie on teraz mieszka?- zasypywałam go pytaniami.
- Jednak to prawda, że kobieta zmienną jest.- stwierdził.- Najpierw chciałaś Damona, a teraz pytasz się gdzie mieszka mój brat. Ciekawe…
- Nie mam ochoty, ani czasu na żarty.- powiedziałam, wytrącona z równowagi.- To jak powiesz mi? Proszę.-odparłam błagalnym głosem.
- A co ja z tego będę miał?- droczył się ze mną.
- Satysfakcje, że zrobiłeś dobry uczynek.- niepotrzebnie to powiedziałam, ale taka już byłam, że najpierw coś zrobiłam, a potem pomyślałam.
- Dobry uczynek?- prychnął rozbawiony.-Pogawędziłbym z tobą jeszcze trochę, ale słyszę mojego brata i raczej nie będzie zadowolony, kiedy wydam jego miejsce zamieszkania. Także do zobaczenia, maleńka.
Rozłączył się, a ja byłam w strasznej panice. Do czego był potrzebny Damon, Klausowi? Czy nic mu nie jest? Jak go znaleźć? Gdzie mam szukać pomocy? Co miałam robić? Zasypywałam się pytaniami, na które nie znałam odpowiedzi.