niedziela, 4 maja 2014

Rozdział XIII

Nie wiem, czy ktoś to jeszcze czyta... Tym bardziej, że pod ostatnim rozdziałem nie było żadnego komentarza, nawet typu "fajne", "do bani" :o Także, jak tak to będzie wyglądać, to nie wiem czy będzie mi się chciało je w ogóle tu wstawiać, bo niby dla kogo? :P


Elena

Kolejny wieczór, kolejny kieliszek i ten sam bar, jedyny jaki istniał w tej małej mieścinie. Miałam nadzieję, że dzięki złocistemu trunkowi zapomnę o bólu, który nasilał się za każdym razem, gdy przedstawiała mi się przed oczami roześmiana twarz mojego brata. Ale to była tylko złudna nadzieja, a alkohol nie dawał takich efektów jakich po nim oczekiwałam. Chciałam zapomnieć, chciałam zacząć żyć normalnie z facetem, którego kochałam. Tak, jakby to wcześniej było możliwe- prychnęłam w myślach, obracając szklaneczkę z niedopitym płynem. Spuściłam oczy w dół i mrugałam powiekami, tym samym zatrzymując gromadzące się w moich oczach łzy. Damon, w sumie już mu wybaczyłam, a tak właściwie to nigdy nie byłam na niego zła. Nie potrafiłam długo się na niego gniewać. Więc, dlaczego nie mogłam z nim być? Dlaczego nie mogłam mu o tym powiedzieć? Te pytania zadawałam sobie od pamiętnego wieczoru, kiedy po raz pierwszy odwiedził mnie w domu Bonnie. Nadal czułam jego gorące i słodkie usta na moich, jego dłonie błądzące po moich plecach i słyszałam błagania, żebym wróciła do niego. Odmówiłam mu, choć głos mi się załamywał i ledwo słowa przechodziły mi przez gardło. W środku, aż krzyczałam, żeby nie odchodził, albo wziął mnie ze sobą. Może, tym razem również powinnam posłuchać Caroline i zrobić to co dyktowało mi moje serce i ciało, a nie rozum? Nie, nie mogłam tego zrobić, nie mogłabym znieść od niego litości, on nie mógł mnie widywać w takim stanie. Nie wyobrażałam go sobie w roli mojego… no właśnie kogo? Opiekuna? Pocieszyciela? Przecież on nie był taki jak Stefan, nie zrozumiałby. Ale mimo to, wybrałam jego, więc powinnam z nim być mimo wszystko. On nie był tylko rozrywkowym i mającym gdzieś wszystko facetem, miał też drugą wrażliwą stronę, potrzebowałam go i to nawet bardzo. Prawdziwy związek na tym polegał, na wzajemnym wspieraniu się i zrozumieniu. Dlatego postanowiłam to zmienić, najlepiej od zaraz. Zadowolona z własnych przemyśleń, uniosłam dumnie podbródek do góry. Koniec z chowaniem głowy w piasek, szukaniem odpowiedzi na dnie kieliszka i robieniem z siebie męczennicy. Jednak, moja mina szybko zrzedła, gdy ujrzałam mojego faceta z tą suką Katherine Pierce. Siedzieli naprzeciwko mnie i rozmawiali sobie? Nie mogłam w to uwierzyć, że po tym wszystkim, co nam zrobiła, on się z nią spotykał. To ona była wszystkiemu winna, to przez nią mój brat nie żył. Tak, to przez nią znowu cierpiałam. Kiedy wytężyłam słuch, usłyszałam jak mówiła o tym, żeby razem pojechali. Nie mogłam do tego dopuścić, nie mogłam pozwolić mu wyjechać, a tym bardziej nie z nią. Musiałam coś z tym zrobić, tylko nie wiedziałam co… nagle cała odwaga gdzieś się ulotniła, a zamiast niej pojawiła się niepewność. Bacznie obserwowałam czarnowłosego, chcąc usłyszeć jego odpowiedź. Nie zauważyłam nawet, kiedy on zaczął mi się przyglądać, od razu zatraciłam się w głębi jego niebieskich, nie wyrażających żadnych uczuć oczach. Wtedy, wycedził coś przez zęby Katherine, wstał ze stołka, narzucając na siebie czarną skórzaną kurtkę i opuszczając pomieszczenie. Odprowadziłam go wzrokiem do samych drzwi, ale nie odwrócił się w moją stronę ani raz. Chciałam pobiec za nim, ale nie mogłam ruszyć się z miejsca. Przekręciłam głowę w prawą stronę, gdzie stała moja butelka whiskey i niemal podskoczyłam, gdy ujrzałam przed sobą wampirzycę.
- Witaj słoneczko.- powiedziała przesłodzonym głosem.- Spokojnie, już mi minęła chęć zabicia ciebie. Nie musisz się na mnie tak złowrogo patrzeć.
- A więc, czego ode mnie chcesz? - spytałam z udawaną ciekawością, tak naprawdę mało mnie obchodziło co robiła w Mystic Falls.
- Od ciebie? Nic, ale pozwól, że porwę twojego chłopaka. Bo chyba nim jest, prawda?-  nawinęła sobie lok na palec, uważnie mnie lustrując.
- Pytasz mnie o pozwolenie?- zmarszczyłam brwi.- A to nowość, przecież od zawsze brałaś, to co chciałaś na nic nie zważając.
- Może się zmieniłam? - rzekła Katherine.- Nieee, nawet ty w to nie uwierzyłaś.- roześmiała się szyderczo.
- Odwal się od nas, ode mnie i Damona. Mało już wyrządziłaś nam złego? Przez ciebie mój brat nie żyje!- krzyknęłam prosto w jej twarz.
- Przecież nawet nie tknęłam go palcem. Wyluzuj złotko, bo zmarszczek dostaniesz i już nie będziesz taka piękna.- odparła cynicznie.-  Okej, może będę tego żałować i tak jak na jeden dzień, za dużo zrobiłam dobrego. Kto zabił twojego brata i dlaczego mnie o to oskarżasz?
- Nie udawaj, że cię to obchodzi.- powiedziałam z jadem w głosie.- Po prostu zostaw nas w spokoju i nie zbliżaj się do Damona!
- Nie sądzisz, że Damon jest dużym chłopcem i sam będzie o sobie decydował?- zapytała z uśmiechem.- Poza tym, zauważyłam, że wam się nie układa, więc tym bardziej nie masz prawa mówić mu co ma robić.
-  A ty masz? To, że wtedy cię oszczędził, nie znaczy, że teraz będzie ci posłuszny.- warknęłam.
- Och, zdziwiłabyś się, jaki Damon potrafi być posłuszny.- powiedziała z satysfakcją w głosie.
- Co masz przez to na myśli?- spytałam, wyraźnie wkurzona i podirytowana jej zagrywkami.
- To twój chłopak nie chwalił ci się, jak przyjemnie spędzaliśmy razem czas, podczas, gdy ty byłaś ze Stefanem? Hmm, sądząc po twojej minie, to nie powiedział ci.- przybliżyła się do mnie, chwytając mój podbródek i zmuszając mnie, bym spojrzała w jej oczy.- Głupia, naiwna Elena. Myślałaś, że będzie ci wierny i czekał na ciebie? Damon, nie należy do tych facetów, powinnaś o tym wiedzieć.
- Idź do diabła, Katherine.- wyrwałam się z jej uścisku i rzuciłam biegiem do wyjścia. Rzeczywiście, byłam naiwna, sądząc, że Damon mnie naprawdę kochał. Kiedy znalazłam się wystarczająco daleko od baru, dałam upust moim łzom. Nie chciałam, by ta suka widziała moją słabość i szydziła ze mnie jeszcze bardziej.

*****

Nie fatygując się nawet zapukaniem, otworzyłam gwałtownie drzwi od pensjonatu. W końcu sam właściciel mówił, że to był również mój dom, więc nie powinien mi za to prawić morałów.
- Damon! Wiem, że jesteś w domu. Musimy porozmawiać.- rzekłam hardo, wchodząc głębiej do salonu.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu i byłam załamana stanem w jakim go zastałam. Na meblach było pełno kurzu, wszędzie walały się puste butelki po whiskey i rozbite szkło, które było zapewne po szklankach po trunkach. A kanapa, która niegdyś była śnieżnobiała, teraz miała duże i śmierdzące plamy po alkoholu i krwi. Zmarszczyłam nos z obrzydzeniem. Na domiar tego, panował tu straszny zaduch, jakby nie było wietrzone od wieków. Ale przecież nie po to tu przyszłam, by przeczesywać kąty posiadłości. Chociaż wyraźnie słyszałam wampira na górze w jego, niegdyś naszym pokoju, nie chciałam tam iść. Bałam się? Nie, zdecydowanie się go nie bałam, po prostu nie miałam ochoty tam wchodzić. Kiedy się odwróciłam, zbiłam się z czyimś ciałem. Sądząc po zapachu i ramionach, które mnie mocno do siebie przytuliły, był to Damon. Trzymał mnie w żelaznym uścisku, jakby się bał, że zaraz się ulotnię. Niepewnie wtuliłam twarz w zagłębienie jego szyi i odwzajemniłam uścisk. Jednak zaraz potem, wrócił mi zdrowy rozsądek i odepchnęłam go od siebie z całej siły.
- Przyszłaś. Czekałem na dzień, w którym do mnie wrócisz.- powiedział z wesołym błyskiem w oku i złapał mnie za dłonie, delikatnie je pocierając swoimi.
- Jakąś godzinę temu chciałam do ciebie wrócić, ale teraz nie uważam, że to byłby dobry pomysł.- powiedziałam na jednym wydechu, wyrywając swoje ręce.
- Dlaczego zmieniłaś zdanie?- spytał ze zdziwieniem.
- To prawda, że, kiedy wyjechałeś z Mystic Falls, podróżowałeś z Katherine i uprawiałeś z nią seks?- zapytałam prosto z mostu, nie owijając w bawełnę.
- Eleno, skąd ty...- widziałam zmieszanie na jego twarzy.
- A więc, nie zaprzeczasz?- przerwałam mu z wymalowaną wściekłością na twarzy. Właśnie w tym momencie cień nadziei jaki miałam prysł, jak bańka mydlana. Tak bardzo chciałam wierzyć w to, żeby to nie było prawdą. Ale sądząc po wyrazie jego twarzy, nie miałam żadnych wątpliwości, że zabawiał się z Petrovą. Na samą myśl o tym, wzdrygnęłam się z obrzydzenia.
- Nie, nie ma sensu cię okłamywać. Już i tak wystarczająco nabroiłem.- rzekł skruszony.
- Jak mogłeś?!- bez zastanowienia, wymierzyłam mu siarczystego policzka.- Zniosłabym każdą, każdą tylko nie ją. Naprawdę nie ma na świecie innych kobiet?! Nienawidzę cię!
- Pozwól mi to wytłumaczyć.- poprosił błagalnie, ocierając zaczerwienione miejsce, które sama zrobiłam na jego policzku.  Zdecydowanie nie żałowałam tego, że go uderzyłam. Należało mu się.
- A co tu tłumaczyć? Myliłam się co do ciebie, a teraz widzę jak bardzo.- wyminęłam go, w celu opuszczenia pensjonatu, ale zatrzymał mnie łapiąc za rękę.
- Posłuchaj, to że pieprzyłem tą sukę, nic dla mnie nie znaczyło, naprawdę. To był tylko seks, nic więcej. Nie widzisz tego, że to ciebie kocham? - spojrzał mi w oczy, szukając w nich wybaczenia.
- Teraz też jedziesz z nią tylko po to, żeby ją pieprzyć?- mówiąc to, cały czas patrzyłam mu prosto w oczy. Od razu, zauważyłam zdziwienie na jego twarzy, połączone z wściekłością.
- Co ona ci nagadała?! Niech tylko ją dorwę w swoje ręce, to mnie popamięta!- krzyknął, tym samym puszczając moją rękę. Zacisnął mocno dłonie w pięść, aż pobielały mu kłykcie, a jego oczy przybrały czarny kolor.
- Zapewne by się ucieszyła, jakbyś ją dorwał. Sądząc po tym z jaką satysfakcją o tym mówiła, musiało jej być nadzwyczaj dobrze.- powiedziałam z jadem w głosie.
Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłam nawet zareagować. W ciągu jednej sekundy przygwoździł mnie do ściany, rzucając we mnie groźne spojrzenia. Jego oczy jeszcze bardziej poczerniały, o ile to było możliwe, a pod nimi pojawiły się ciemne żyłki. Przełknęłam głośno ślinę, kiedy zbliżył się do mnie jeszcze bardziej.
- Kurwa, Eleno!-  odsunął się trochę ode mnie, po czym z całej siły walnął pięścią w ścianę, tuż koło mojej głowy. Teraz zaczęłam się trząść jak osika, spuściłam głowę na dół, bojąc się zobaczyć wyraz jego twarzy. Wiedziałam, że Damon mógł być nieobliczalny, tym bardziej kiedy był wkurzony. Ale cały czas miałam nadzieję, że mimo to, mnie by nigdy nie skrzywdził.
- Chyba, nie sądzisz, że po tym wszystkim co razem przeszliśmy, mogłoby dojść do czegoś między mną, a tą ździrą?- powiedział, troszkę spokojnym głosem. Znowu mimowolnie zadrżałam, kiedy delikatnie pocierał moje ramiona.- Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć.
- Więc… dlaczego z nią jedziesz?- spytałam cicho, powoli podnosząc głowę do góry.- Słyszałam jak się pakowałeś, a ona mówiła, że przyjechała po ciebie.
- Tu nie chodzi o nią, tylko o Stefana. Ma kłopoty .- powiedział wymijająco.
- W takim razie jadę z wami!- oznajmiłam głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Nie ma mowy!- kategorycznie zaprzeczył Damon.- To jest zbyt niebezpieczne. Zostaniesz tutaj i bez dyskusji.- pogroził palcem.
- Ale, na pewno przyda wam się ktoś do pomocy…
- Proszę, choć raz się mnie posłuchaj.- pogłaskał mnie czule po policzku. Zdecydowanie już nie przypominał tego złego Damona, jakim był jeszcze chwilę temu. Teraz jego oczy były błękitne i pogodne.
- Dobrze, ale pod jednym warunkiem.- powiedziałam zadziornie. Czarnowłosy bacznie mi się przyglądał, tym samym czekając na kontynuowanie mojej wypowiedzi.- Będziesz do mnie dzwonił i zdawał ze wszystkiego relacje, oraz wrócisz do mnie.
 - To są dwa warunki, panienko Gilbert.- uśmiechnął się cwaniacko.- Hmm, ja też mam warunek. Kiedy wrócę, chcę cię zastać w moim domu. Wprowadź się tutaj, zgodnie z twoją prośbą przyniosłem wszystkie twoje rzeczy. Masz 7 sypialni do wyboru, choć myślę, że i tak wybierzesz moją.- uniósł brew do góry, cały czas się uśmiechając.
- Skąd ta pewność?- droczyłam się z nim. Tęskniłam za takim Damonem, dlatego ciężko mi się było z tym pogodzić, że musiał jechać.
- Czyli, między nami wszystko okej?- spytał niepewnie, przybliżając się do mnie.
- Nie do końca.- rzekłam zgodnie z prawdą.- Nadal pamiętam, to co wyprawiałeś z Katherine i pewnie tak szybko tego nie zapomnę. Potrzebuję trochę czasu, Damon ja…
- Spokojnie, księżniczko. Nie musisz nic więcej mówić. Dam ci tyle czasu, ile będziesz chciała.- powiedział szczerze.- Może jak wrócę, będę mógł liczyć na małego buziaka?
- Może…- odparłam z obojętną miną.- Jak do tego doszło?- wskazałam znacząco na pomieszczenie, które wyglądało jak po wielkiej bitwie.
- Jakbym wiedział, że będę miał tak specjalnego gościa, to z pewnością bym to ogarnął.- oznajmił.
- Kiedyś mówiłeś, że mam się tu czuć jak u siebie w domu. A teraz nazywasz mnie gościem?- spytałam z małym wyrzutem.
- I nadal to podtrzymuję, jesteś zawsze tu mile widziana. Natomiast od tej chwili, jesteś panią tego domu.- mówiąc to, wręczył mi kluczyki od domu.- Nie mam zapasowych, gdzieś je zapodziałem. Także, nie masz innego wyjścia jak tu zostać i na mnie czekać.- wzruszył ramionami.
- Widzę, że wszystko już zaplanowałeś.- powiedziałam, trochę zaskoczona.- A więc, skoro mam tu mieszkać, to najpierw wypadałoby wpuścić do tego domu trochę powietrza.- bez namysłu, otworzyłam wszystkie okna na oścież, a zimny podmuch powietrza uderzył w nasze twarze.- Od razu lepiej.
- Wiem już czego tu brakowało, kobiecej ręki.- rzekł uradowany.
W tej chwili, usłyszeliśmy jak ktoś zbliżał się do pensjonatu. Charakterystyczny stukot szpilek, oznaczał tylko jedną osobę, Katherine. W ciągu sekundy znalazła się w salonie.
- Damon, ileż możesz się obijać?- spytała z niecierpliwością.
- Już miałem wychodzić.- burknął.- A poza tym, to jest moje auto, więc to ja decyduje kiedy jedziemy.
- Nie do wiary, że tak szybko mu wybaczyłaś.- rzuciła z przekąsem wampirzyca.
- Nie do wiary, że cię to obchodzi.- odbiłam piłeczkę.
- Idź do samochodu. Zaraz przyjdę.- rozkazał Damon, schodząc z góry z walizką w ręce. Natychmiast wampirzyca szybko się ulotniła z wyraźną ulgą.
- Zanim wyjadę, pozbędę się tej kanapy, która już i tak się do niczego nie będzie nadawać.- oznajmił, po czym zrobił tak, jak powiedział. Wrócił po dłużących się kilku bądź kilkunastu sekundach.- Kwestię wyboru nowej, zostawiam tobie. Do zobaczenia, Eleno.- powiedział na odchodne, udając się do wyjścia.
- Damon?- zawołałam za nim. Od razu, zmaterializował się przede mną, patrząc na mnie tęsknym wzrokiem.- Uważaj na siebie i znajdź Stefana, gdziekolwiek jest.
- Obiecuję.- zrobił kilka kroków do przodu, ujął moją twarz w obie dłonie i złożył na moim czole delikatny i czuły pocałunek. Zamknęłam na chwilę oczy, a gdy je otworzyłam jego już nie było. Usłyszałam tylko odgłos odjeżdżającego samochodu. Z mojego oka, poleciała jedna łezka. Nie chciałam by któremuś z nich stała się jakaś krzywda.


*****

Stefan

Spacerowałem z Klausem ulicami Nowego Orleanu. Oczywiście, o ile tak to mogłem nazwać, bo czułem się jak więzień, brakowało mi tylko kajdanek i kuli u nóg. Nie mogłem sam nigdzie pójść, nie mogłem sam nawet napić się alkoholu, tylko chodziłem za nim jak jakiś pierdolony piesek. A on zamiast szukać tej wiedźmy, wolał się bawić i to jeszcze przy zdurniałej muzyce. Nienawidziłem jazzu, a od teraz nienawidziłem tego miejsca. W ogóle nie mogłem tu się odnaleźć, choć przebywałem tu od dosłownie dwóch dni. Czy robiłem to wszystko dla niej, dla Katherine? Poniekąd tak. Nie chciałem by to ona się znalazła na moim miejscu, w odróżnieniu do mnie, dla niej pierwotny nie byłby taki uprzejmy. A mnie, nie wiedząc czemu traktował jak przyjaciela. Choć nie byłbym tego taki pewien, czy takie słowo znajdowało się w jego słowniku. Z jednego się cieszyłem, że człowiek honoru- Elijah, wolał zostawać w domu, niż wychodzić z nami. Co prawda, obietnicę daną Katherine spełniał, ale ja nie potrzebowałem niańki, sam sobie doskonale dawałem radę z jego bratem.
- Stefanie, mój drogi. Powiedz mi, czy dobrze się bawisz?- spytał pierwotny, tym samym przekrzykując głośną muzykę.
- Super.- odparłem z głupkowatym uśmiechem na twarzy. Tak naprawdę, ani trochę się dobrze nie bawiłem.
- W takim razie, wypijmy za to!- mówiąc to, wzniósł do góry swoją szklankę wypełnioną czerwoną cieczą. Hipnotyzowanie ludzi i cięcie nadgarstków nożem, by wypełnić puste kieliszki już mnie nie bawiły tak, jak w czasach gdy byłem Rozpruwaczem. Ale czy miałem inne wyjście, niż robienie tego, czego chciał? Może i tak, jednak wolałem zacisnąć zęby i spełniać jego prośby, by potem wrócić do domu i uwolnić się z tego koszmaru.
- Dowiedziałeś się czegoś więcej o Jane- Anne- Deveraux?- zagadnąłem, chcąc mieć to już szybciej za sobą.
- Przyjacielu, przecież sam mówiłeś, że się dobrze bawisz. Więc skąd ten pośpiech?- spytał ze zdziwieniem bacznie mi się przyglądając.- Jeśli tak bardzo jej na mnie zależy, sama mi wpadnie w ręce. A wtedy zaoszczędzę sobie fatygi. Nie martw się, jestem przygotowany na wszystko. Chyba, że tobie chodzi o coś innego? Czyżbyś tęsknił za tą dziwką, Kateriną?
- Ja za Katherine? Chyba nie uwierzyłeś w tą scenę jaką rozegraliśmy?- wybuchłem śmiechem, choć w środku przyznałem mu całkowitą rację, brakowało mi wampirzycy, ale on nie mógł się o tym dowiedzieć.
- Tak też myślałem. Ty miałeś zawsze więcej oleju w głowie, niż twój impulsywny braciszek.- odparł z cynicznym uśmieszkiem.-  A co się stało z tobą i moją młodszą siostrzyczką?
- To skomplikowane. Chyba nie będziemy rozmawiać o rozterkach miłosnych?- powiedziałem wymijająco.
- Pewnie, że nie, mamy wiele ciekawszych tematów do omówienia.- rzekł rozpromieniony.
- Tak? A na przykład jakich?- spytałem zaskoczony. Nie wiedziałem co mógłbym mieć wspólnego ze swoim największym wrogiem. Sama ta gadka i udawanie, że wszystko było w porządku niezmiernie mnie nudziło.
- Stefan, Stefan. Dlaczego odnoszę dziwne wrażenie, że mnie nie lubisz?- uniósł brew do góry.
- No wiesz. W końcu to nic takiego, zabić ciotkę mojej ex, ją i mieć obsesję na punkcie jej krwi, torturować brata, który omal uszedł z życiem, nachodzić moich bliskich i im grozić. Tak, masz rację, powinienem pałać do ciebie sympatią.- powiedziałem z sarkazmem w głosie.
- Zapomniałeś do swojej listy dodać, zabicie brata twojej ex.- syknął, rzucając w moją stronę wściekłe spojrzenie.
- Zabiłeś Jeremiego?!- krzyknąłem zirytowany.
- Wyluzuj, bo będziesz następny. A uwierz mi, lub nie, ale tego bym nie chciał.- warknął.
- Wszystko mi jedno i tak mi nie zwrócisz wolności, prawda?- wzruszyłem, beznamiętnie ramionami.
- Wolności? Przecież to jest nasza wolność! Jesteśmy w jednym z najpiękniejszych miejsc na ziemi, pijemy na umór w towarzystwie ślicznych panienek.- wskazał znacząco na zahipnotyzowane dziewczyny siedzące przy naszym stoliku.- A ten cały czas, umila nam jazzowa muzyka. Czyż nie jest idealnie?
- Może dla ciebie.- burknąłem.
Nie pytając się go o pozwolenie, wstałem od stolika, wychodząc na zewnątrz. Ku mojemu zdziwieniu a jeszcze większej uldze, Klaus nie wyszedł za mną. Musiałem odpocząć od jego drażniącego brytyjskiego akcentu i kłamstw jakimi mnie karmił. Żałowałem, że zabiłem w ciągu dwóch dni, kilkanaście niewinnych osób, oraz ich wykorzystywałem do jego niecnych zamiarów. Ja taki nie byłem, nawet po mimo tego, że już dawno odstawiłem zwierzęcą krew. Nagle, poczułem  w kieszeni wibracje. Wyciągnąłem telefon, by zobaczyć kto do mnie napisał.

Jesteśmy w drodze. Razem z Damonem uwolnimy Cię z rąk tego bydlaka. Trzymaj się!
Katherine

Po przeczytaniu krótkiej wiadomości, na mojej twarzy wtargnął mimowolnie ciepły, mały uśmiech. Nie mogłem w to uwierzyć, że pojechała po mojego brata, by mnie uratować. On zagroził jej, że jak jeszcze raz ją zobaczy, to ją zabije. Ryzykowała dla mnie. Może rzeczywiście kochała mnie, tak jak ja ją? Chociaż jedna myśl, sprawiła mi radość. Wiedziałem, że z tą świadomością będę w stanie się zmierzyć nawet z samym diabłem. Wszystko, byleby tylko ją ujrzeć. Damona też dawno nie widziałem, dlatego ucieszyłem się podwójnie. Miałem nadzieję, że układało mu się z Eleną. Zasługiwał na szczęście, jak mało kto.

*****

Katherine

Jechaliśmy już od jakiś kilku godzin. Bez postoju, albo chociażby krótkiej, wyrywkowej rozmowy. Damon powadził samochód pogrążony w myślach, cały czas patrząc się przed siebie i łamiąc wszystkie przepisy drogowe. Miałam już tego serdecznie dosyć, nigdy nie należałam do cichych osób, dlatego postanowiłam przerwać tą krępującą ciszę.
- Nudzi mi się.- jęknęłam, tym samym udając, że ziewałam.- Może porozmawiamy o czymś?
- Nie.- uciął, nie racząc nawet na mnie spojrzeć.
- W porządku. Więc może włączyłbyś chociaż radio?- niemal jęknęłam błagalnie.
- Nie.- powtórzył.
- Nie i nie. Nie znasz innych słów?!- krzyknęłam podirytowana jego chamskim zachowaniem.
- A czegoś ty się spodziewała? Że jak gdyby nigdy nic utniemy sobie miłą pogawędkę?- burknął.- Powiedziałem, że masz się odezwać tylko w jednym przypadku. I jak? Masz jakiś plan odnośnie uwolnienia Stefana?
- A ty, panie przemądrzały, co wymyśliłeś?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- To nie ja noszę plakietkę z napisem „Przebiegła, manipulująca i samolubna suka”- rzekł z pogardą w głosie.
- Powiedz wprost, że chodzi ci o to, że wyznałam nasz sekret twojej Elence.- warknęłam.- Oj, przestań już dramatyzować i tak prędzej, czy później by się dowiedziała. Więc  chyba lepiej, że nastąpiło to prędzej, o ile tak można powiedzieć  o kilku tygodniach.
- Po tej akcji, nie chce mieć z tobą już nigdy więcej nic do czynienia.- spojrzał się na mnie złowrogim wzrokiem.
- Damonku, Damonku, przecież wiadomo, że i tak się jeszcze nie raz spotkamy.- uśmiechnęłam się perliście.- W końcu będziemy rodziną, to chociaż na niedzielnych obiadkach będziemy się widywać.- powiedziałam z ironią.
- Przestań, twoje żarty mnie nie śmieszą.- odparł wkurzony.- I w ogóle skąd ta pewność, że Stefan cię będzie chciał?
- Jak już wcześniej wspomniałam, dużo się zmieniło. Na przykład między mną, a twoim bratem teraz się znacznie lepiej układa. Jeśli wiesz co mam na myśli.- usiadłam się bokiem do niego, opierając plecami o zimną szybę samochodu i znacząco poruszając brwiami.
- Och, błagam, oszczędź mi szczegółów z waszego intymnego życia.- rzucił z odrazą.- Było znacznie lepiej, kiedy milczałaś.
- Jesteś zazdrosny?- dociekałam.
- O kogo? O ciebie?- roześmiał się bardzo głośno.- Nie bądź śmieszna. Już dawno przestałaś mnie interesować.
- Hmm, jesteś.- zamruczałam do jego ucha.- Ale, wiesz co? Ty mnie też już nie interesujesz tak, jak wcześniej.- rzuciłam, odsuwając się od niego.
- Bo teraz znalazłaś sobie inny obiekt westchnień.- stwierdził.- Tylko ciekawe po jakim czasie znudzi ci się zabawa z moim bratem?
- Nie znudzi, bo to nie jest żadna zabawa!- niemal wrzasnęłam, dlaczego nikt mi nie wierzył, że naprawdę kochałam blondyna i chciałam spędzić wieczność u jego boku?- Już mi się ode chciało z tobą rozmawiać.- wyprostowałam się na siedzeniu i skrzyżowałam ręce na piersiach.
- Kapryśna, panienka Pierce.- uśmiechnął się cynicznie wampir.- Jak już coś nie idzie po twojej myśli, to się obrażasz. A co do twoich gierek to znam je od 150 lat, dlatego dziwi mnie twoja nagła zmiana.- mówiąc ostatnie słowo, zrobił palcami cudzysłów w powietrzu.
Cholera, że też jeszcze nie dojechaliśmy do Nowego Orleanu, po co zwróciłam się do niego o pomoc?- przeklęłam w myślach. Stawał się nie do zniesienia i to był kolejny powód dla którego od zawsze wolałam Stefana. Damon był tylko zabójczo przystojny i nigdy nie zawodził w łóżku. Kochałam go, albo może tylko tak mi się wydawało, bo był posłusznym żołnierzem? W każdym razie, nigdy nie obiecywałam mu, że będziemy razem, sam sobie to ubzdurał i miał obsesję na moim punkcie. Natomiast Stefan, to z nim chciałam być, zawsze będzie tym jedynym. Biedny, ciekawe co robił… miałam nadzieję, że ich relacje będą wyglądać tak samo jak u Klausa w domu. Ale nie żyłam na tym popieprzonym świecie od wczoraj, dlatego tak cholernie się o niego bałam, bałam się jak nigdy dotąd. Plan, musiałam wymyślić jakiś dobry plan. A jak na złość nic genialnego nie przychodziło mi do głowy…
- Mowę ci odjęło?- nagle szturchnął mnie brunet, ironicznie się uśmiechając.
- Mi?- spytałam ze zdziwieniem.- Z naszej dwójki, to ja jestem ta piękna z głową na karku. Ty jesteś tylko piękny.- prychnęłam.- Bo jak wiadomo, twoje plany może i były dobre, ale wszyscy doskonale wiemy jak się idiotycznie kończyły.
- W takim razie słucham mózgowcu, co wymyśliłaś?- rzucił we mnie wściekłe spojrzenie.
- I kto tu się obraża?- zaśmiałam się szyderczo.- Mhm, znasz mnie. Zawsze mam plan a, b, c…
- Taaa, uprzedzę twoje pytanie. Znam alfabet.- przerwał mi z grymasem na twarzy.
- O, niedługo powinien być jakiś motel.- powiedziałam z ulgą.- Zatrzymajmy się choć na chwilę, by się odświeżyć i coś zjeść.
- To nie ja śmierdzę.- burknął.- A worki z krwią powinnaś jakieś znaleźć w bagażniku.
- Worki z krwią? Serio? I może jeszcze mi powiesz, że są ze zwierzęcą.- wybuchłam gromkim śmiechem.
- Nie to nie. Usychaj, co mnie to obchodzi.- wzruszył beznamiętnie ramionami.
- Oj, myślałam, że masz lepsze poczucie humoru.- powiedziałam, posyłając mu blady uśmiech.- Nie martw się, jak kocha to wybaczy. Czy jakoś tak to szło.- szepnęłam mu na ucho.
- Marnych i fałszywych pocieszeń nie przyjmuję.- syknął.
- Ale gbur się z ciebie zrobił.- stwierdziłam.- Chcesz też krew? Dwa razy się fatygować nie będę.
- Obejdzie się.- uciął.
- Jak tam sobie chcesz.- prychnęłam.
Z łatwością, przeskoczyłam na tylne siedzenia i otworzyłam klapę bagażnika do góry. Między torbami z naszymi ubraniami, znalazłam kilka worków. Westchnęłam, wypuszczając ze świstem powietrze. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio piłam taką krew. Zdecydowanie preferowałam ciepłą, świeżą prosto z szyi jakiegoś przystojniaczka. Ale musiałam się zadowolić tym co było. Powróciłam na swoje miejsce, obracając w rękach swoje pożywienie.
- Jesteś aż taka głodna, że zamierzasz wyjeść mi wszystkie zapasy?- brunet uniósł brwi ze zdziwienia.
- To mi na pewno nie zaszkodzi? Jest zimna i ma okropny smak.- wygięłam usta z obrzydzeniem po upiciu kilku łyków.
- Spokojnie, wczoraj ją wziąłem ze szpitala.- zapewnił mnie wampir, po czym wyrwał mi jeden worek, rozrywając go i wypijając zawartość jednym duszkiem.
- A podobno nie chciałeś?- prychnęłam.
- Jak widać zmieniłem zdanie, nigdy nie wiadomo kiedy przydadzą mi się siły.- oznajmił nadzwyczaj spokojnym głosem.
Miał rację, do miejsca w którym przebywał Stefan już dużo nie zostało. Resztę drogi przemilczeliśmy, dlatego wydawało mi się jakbyśmy jechali całe wieki.  Na szczęście, po długim wyczekiwaniu właśnie przejechaliśmy tabliczkę z napisem „New Orlean”. Jednocześnie oboje spojrzeliśmy na siebie z ulgą, a zarazem lekkim strachem. Teraz pozostało nam tylko znaleźć Stefana. 



sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział XII

Witajcie moi kochani czytelnicy! ♥ Z bólem serca kończę to opowiadanie... I nie chodzi tylko o obecne TVD, ale też o to, że skończyły mi się pomysły, a przede wszystkim nie mam czasu :/ Tak, z marszu napisany jest ten rozdział. Aczkolwiek mam nadzieję, że nie taki najgorszy :P Teraz będzie najlepsze, opowiadanie o Delenie, w którym nie będzie Deleny xd tzn. Damonek się pojawi, a Elenka zaledwie na 5 sekund. Za to będzie coś dla miłośników Maroline, Katherine, Elijah, Klausa i Stefana :D Dobra, żeby dłużej nie przedłużać, zapraszam wszystkich do czytania! ;)


Caroline

- A nie mówiłam, że Atlanta jest cudowna.- powiedziałam zachwycona, gdy razem z Mattem przemierzaliśmy przez tłoczne ulice miasta.
Po kilku tygodniach, które były dla nas wszystkich ciężkie, zasłużyliśmy na chwilę przyjemności. Ogromnie się cieszyłam, że udało mi się namówić mojego chłopaka na wyjazd. Miałam mu tyle pięknych miejsc do pokazania, że chyba zajęłoby nam to wieki. Ale na szczęście na brak czasu nie musieliśmy narzekać. Już nie. Tak jak mu obiecałam, przemieniłam go w wampira. Teraz byliśmy oboje nieśmiertelni i mieliśmy przed sobą świetlaną przyszłość, cały świat stał przed nami otworem. Ku mojemu zdziwieniu, szybko przystosował się do nowego otoczenia. Opanowanie głodu zajęło mu dosłownie niecały tydzień. W końcu miał najlepszą nauczycielkę pod słońcem, czyli mnie- zaśmiałam się pod nosem. Kątem oka spojrzałam na niego, nadal nie dowierzając w swoje szczęście. Wiem, że to było trochę egoistyczne z mojej strony. Moje przyjaciółki nie miały takiego szczęścia jak ja. Elena nadal była przygnębiona i znowu straciła chęć do życia, wyglądała jeszcze gorzej niż po wyjeździe Damona, z którym swoją drogą nie utrzymywała kontaktu. To znaczy, on się starał jak mógł, z tego co mi mówiła Bonnie, nadal ją odwiedzał wieczorami w jej domu i zasypiał przy jej boku. Ale to tylko tyle. Winiła go za śmierć brata. A Bonnie? Biedna, nie dość, że rozstała się z Jerem w złości, to teraz on nie żył. Wspominała coś o wyjeździe do rodziny, do Salem. Gryzły mnie wyrzuty sumienia, że zostawiłam je same sobie i spędzałam wspaniałe chwile z Mattem. Byłam okropną przyjaciółką.
- Ej, co to za grymas na twojej ślicznej buźce?- przez moje zamyślenie, nie zauważyłam, że przez ten cały czas blondyn mi się bacznie przyglądał. Wziął mnie za rękę i poprowadził na rynek, do najbliższej ławeczki. Usiedliśmy się, nie puszczając swoich dłoni.
- Care, co się stało?- spytał zmartwionym głosem.- Jeśli znudziło ci się to miasto, możemy pojechać gdzieś indziej, albo wrócić do domu.
- Och, Matt.- wzruszyłam ramionami.- Tu jest przepięknie, mogłabym zostać tu na zawsze. Ale… jestem najgorszą przyjaciółką pod słońcem. Przypomniałam sobie o Elenie i Bonnie. One nadal są w żałobie, smutne, zdołowane, podczas gdy ja…  Sam rozumiesz o co mi chodzi, prawda?- spojrzałam na niego, spod wachlarza długich rzęs.
- Tak, rozumiem.- szepnął chłopak, pocierając palcami moje kłykcie.- Ale z drugiej strony nie ma w tym nic złego, że jesteś szczęśliwa. To nie czyni z ciebie złej osoby. Ten wyjazd dobrze nam zrobił, mogliśmy choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości.
- Dziękuję ci.- zarzuciłam mu ręce na szyję, delikatnie muskając jego usta swoimi.- Zawsze wiesz, jak mnie podnieść na duchu.
- Jednak i tak niedługo będziemy musieli wrócić.- delikatnie odsunął się ode mnie i pogłaskał mnie po policzku.- Zostawiłem bar. Beze mnie oni tam zginą.
- Mógłbyś już sobie darować tą pracę.- oznajmiłam zirytowana.- Chcesz tam pracować w nieskończoność? Przecież ludzie się po kilku, bądź kilkunastu latach zorientują, że nie starzejesz się i w ogóle nie zmieniasz.
- Przeszkadza ci to, że kocham moją pracę?- powiedział z oburzeniem.- Bar jest dla mnie ważny. Od kiedy pamiętam pracowałem tam, wychowywałem się i dorastałem wraz z nim. Nie mogę go teraz od tak porzucić, nie potrafię.
- W takim razie, dlaczego chciałeś zostać wampirem?!- warknęłam.
- Zrobiłem to dla ciebie.- odrzekł.- Wszystko bym dla ciebie zrobił.- westchnął głośno i po tych słowach, wstał, odwrócił się ode mnie i poszedł przed siebie.
Nadal siedziałam, analizując jego słowa. Dopiero potem dotarł do mnie sens jego słów. Poświęcił wszystko dla mnie, dosłownie wszystko. Do tej pory nie zdawałam sobie nawet z tego sprawy, jak bardzo mnie kochał i jak bardzo mu na mnie zależało.  Wstałam energicznie z ławki, rozglądając się na boki. Jednak nawet moim wampirzym wzrokiem, to wcale nie było takie łatwe go znaleźć wśród tłumu. Przeciskając się przez ludzi, wołałam go najgłośniej jak umiałam. Niestety, albo mnie nie słyszał, albo nie chciał słyszeć. Nie dając za wygraną, sprawdzałam każdy budynek jaki napotkałam na swojej drodze. Ale nigdzie go nie było. Nagle, przypomniała mi się malutka kawiarenka na przedmieściach. Poszliśmy tam pierwszego dnia naszego pobytu tutaj. Pokierowałam swoje kroki w jej stronę i po kilkunastu minutach dotarłam na miejsce. Otworzyłam energicznym ruchem drzwi, troszkę za mocno je zamykając, bo zwróciłam przy tym uwagę wszystkich osób, którzy tam byli. Szepnęłam tylko niedbale przeprosiny i ruszyłam w głąb pomieszczenia, dokładnie je przeczesując w poszukiwaniu mojego chłopaka. Był tam, odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się do niego. Siedział w ciemnym rogu, pijąc dużą kawę. Podeszłam do jego stolika i usiadłam naprzeciwko niego. Matt nawet na mnie nie spojrzał, robiąc łyżeczką wzorki na piance.
- Wiesz, robią tu najlepszą kawę w całym mieście.- zagadnęłam radośnie.- Odezwiesz się do mnie, czy nadal będziesz mnie ignorował!- wybuchłam, kiedy nie otrzymałam odpowiedzi.
- Chciałem po prostu pobyć chwilę sam.- szepnął.
- Ahaa.- wydukałam, krzyżując ręce na piersiach.
Nigdy nie należałam do cierpliwych osób. Siedzenie w ciszy doprowadzało mnie do szału. Już miałam coś powiedzieć, gdy nie wiadomo skąd podszedł do mnie kelner, pytając przesłodzonym głosem czy chciałabym złożyć zamówienie. Odwróciłam się w jego stronę, wpatrując się w niego oskarżycielskim wzrokiem, jakby był czemuś winny. A on przecież tylko wykonywał swoją pracę. Po wzięciu głębokiego wdechu, odpowiedziałam obojętnym głosem, by przyniósł butelkę schłodzonego szampana i dwa kieliszki.
- Mamy co świętować?- spytał zdziwiony chłopak, gdy kelner odszedł.
- Każda okazja jest dobra, do tego by napić się szampana w towarzystwie ukochanej osoby, prawda?- zaszczebiotałam piskliwym głosikiem, posyłając mu uśmiech.
- A może wzięlibyśmy go na wynos?- uśmiechnął się zadziornie. Już wiedziałam co miał na myśli. Od kiedy stał się wampirem, nasze życie erotyczne nabrało większego ognia. Po ściągnięciu szpilki, bardzo powoli przejechałam stopą po jego nodze, tym samym dając mu do zrozumienia, że się zgadzałam. 
- Już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy świętować w pokoju.- oblizałam wargę koniuszkiem języka. Widziałam jak chłopak wciągnął głośno powietrze. Jego zmysły były jeszcze wrażliwe, wzmocnione. A ja tylko zaostrzałam jego apetyt, drażniąc się z nim w miejscu publicznym. Niespodziewanie, dotarłam nagą stopą, do jego wybrzuszenia. Od razu pociemniały mu oczy i spojrzał się na mnie, jakby miał mnie zaraz zjeść wzrokiem.
- Care.- wycharczał.- Poczekajmy aż stąd wyjdziemy.
- Ale ja nie chcę czekać.- odparłam zadziornie, jednocześnie masując jego krocze. Nie obchodziło mnie w tej chwili to, że ktoś mógł widzieć, co wyprawialiśmy pod stolikiem. -Zróbmy coś szalonego.- szepnęłam mu na ucho, znajdując się za nim, jednocześnie zaprzestając słodką torturę.
- Na przykład co?- spytał, spokojniejszym głosem.
- Na przykład. To.- ugryzłam go delikatnie w ucho, posuwając swoje dłonie, w dół jego ciała. Zamruczał z zachwytu, zatrzymując moje ręce i delikatnie mnie od siebie odsuwając, gdyż właśnie przyszedł kelner z naszym zamówieniem. Rzucił w naszą stronę groźne spojrzenie i upomniał, żebyśmy zaprzestali nasze poczynania. W jednej sekundzie, podeszłam do niego i zahipnotyzowałam go, by nie wtrącał nosa w nie swoje sprawy.
Z chytrym uśmieszkiem na twarzy, zgarnęłam szampana ze stolika i pociągnęłam Matta w stronę publicznej toalety. O dziwo, chłopak nie protestował, tylko ochoczo za mną poszedł. Po otwarciu drzwi, do razu zostałam przyparta do ściany przez silne ciało blondyna. Przycisnął swoje wargi do moich, łapczywie je całując. Napierał na mnie coraz bardziej, nie widziałam jeszcze takiej dzikości w jego zachowaniu. Trochę mnie przeraził swoimi odważnymi ruchami, ale w końcu to był nadal mój słodki, dobry Matt. Odepchnęłam go lekko od siebie, podchodząc do umywalki i stawiając w niej szampana. Jednak mój luby, miał inne zamiary. Wziął alkohol i nie fatygując się odkorkowaniem go, rozerwał szyjkę butelki. W efekcie czego, nabuzowany szampan rozlewał mu się po palcach, mocząc podłogę i nas. Nasze rzeczy były mokre i lepkie, przez co przykleiły się do ciała.
- Matt.- zaśmiałam się głośno, spijając z butelki wylewający się złocisty płyn.- Mhmm.- subtelnie oblizałam usta.- Jest przepyszny.
- To ty jesteś przepyszna.- zamruczał prosto w moje rozchylone wargi. Zdarł ze mnie cienką bluzeczkę, rozlewając szampana po moim ciele i zlizując go ze mnie.
- Nasze ubrania…są…-szeptałam, niezrozumiale, gdyż nie mogłam się skupić na niczym przez jego wibrujący język krążący po moich unoszących się piersiach.- Jak, my stąd wyjdziemy?
- Już chcesz wychodzić?- ujął moją twarz w obie dłonie i spojrzał się na mnie z błyskiem w oku.
- Oczywiście, że nie!- niemal krzyknęłam.- Ja tylko… nieważne.- zaśmiałam się.- Teraz moja kolej.
Nim zdążył się zorientować, został przeze mnie przyciskany do ściany. Stanowczym ruchem, rozerwałam jego koszulę, jednocześnie polewając jego klatkę piersiową wytrawnym alkoholem. Zaczęłam swoją wędrówkę od jego szyi, aż po brzuch. Dokładnie scałowałam każdy fragment jego ciała, by nie pominąć żadnej kropelki. Kiedy znalazłam się na wysokości jego pięknej twarzy, zobaczyłam w jego oczach pożądanie. Przysunęłam się do niego bliżej, wpijając się w jego pełne i lekko spierzchnięte wargi. Rozkoszowałam się smakiem jego ust. Przejechałam lekko językiem po jego dolnej wardze, na co odpowiedział mi zamruczeniem. Przekręcił się ze mną, w efekcie czego, teraz ja zostałam dociskana do ściany. Podłożył ręce pod moje plecy i delikatnie mnie uniósł do góry. Bez namysłu, owinęłam swoje nogi  wokół jego bioder, by mieć go przy sobie jak najbliżej się dało. Moje ręce powędrowały na jego blond czuprynę, w którą wsunęłam palce, lekko go nimi ciągnąć za włoski. Wdarł się brutalnie językiem do środka, penetrując moją jamę ustną. Jęknęłam z zadowoleniem, przez co ścisnął mój tyłek.
- Jesteś taka piękna.- wymamrotał, głosem pełnym pożądania, gdy odpiął zapięcie od mojego stanika i uwolnił nabrzmiałe piersi.
Moje sutki stały się twarde pod jego sprawnymi i zręcznymi palcami, którymi je drażnił. Później, zaczął je ssać, aby rękoma ściągnąć ze mnie ostatnie skrawki materiału. Najpierw zdjął ze mnie króciutką spódniczkę, a potem do niej dołączyły koronkowe czarne majteczki. Kiedy chciałam, zsunąć wysokie szpilki ze stóp, zatrzymał mnie.
- Zostaw je.- zamruczał do mojego ucha.- Wyglądasz w nich bardzo seksownie.
- A teraz też wyglądam seksownie?- droczyłam się z nim. Popchnęłam go na podłogę, siadając na niego okrakiem.
- Teraz też.- wycharczał, ściskając ręce na moich pośladkach.
Powędrowałam ręką w dół jego ciała, szamotając się z paskiem od spodni. Po jakimś czasie, udało mi się je z niego zdjąć. Uśmiechnęłam się usatysfakcjonowana, gdy zobaczyłam jego erekcję. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, jaki był już podniecony. Bez namysłu, pozbyłam się jego bielizny, po czym usadowiłam się na nim, zaczynając się poruszać. Na początku robiłam to powoli, stopniowo zwiększając tempo. Ale mój partner miał inne plany i w wampirzym tempie przeniósł mnie, ponownie przyciskając do ściany i podtrzymując mnie w talii. Jego ruchy były mocne i stanowcze. Poczułam znajome mrowienie w moim podbrzuszu, kiedy wchodził we mnie do oporu. Matt przyśpieszył tempo, zaczynając składać gorące i żarliwe pocałunki na mojej szyi.  Po czym bez ostrzeżenia, obnażył kły i wbił je w moją jasną skórę. Syknęłam cicho, ale potem rozkoszowałam się tym doznaniem. Przybliżyłam swoją twarz do jego klatki piersiowej, w którą się wgryzłam. Piłam łapczywie jego krew. Dzielenie się krwią było dość osobistym i niesamowicie intymnym przeżyciem. Dlatego zaraz po tym jak oderwaliśmy krwiste wargi ze swoich ciał, doznaliśmy spełnienia. Rozpadałam się pod jego ciałem na tysiące malutkich kawałeczków. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio miałam taki długi i intensywny orgazm. Wampir zaraz po tym jak wlał we mnie ciepły płyn, zaczął głośno jęczeć, wypowiadając z miłością moje imię. Przyciągnęłam go mocno za kark, wpijając się w jego usta. Dziwnie było czuć swoją krew, ale w tym momencie nie obchodziło mnie to. Jak widać Mattowi również, ponieważ brutalniej napierał na moje wargi. Po jakimś czasie, oderwaliśmy się od siebie, nadal szybko dysząc.
- A nie mówiłem, że zamieniając się w wampira, wyjdzie nam to obojgu na dobre.- powiedział usatysfakcjonowany.
- Cieszę się, że tego nie żałujesz.- uśmiechnęłam się promiennie.
- Matt.- szepnęłam spanikowana.
- Co się stało?- spytał zatroskany.
- My…to zrobiliśmy?- wskazałam ręką na pomieszczenie. Ściany i podłoga lepiły się niemiłosiernie od szampana i naszej krwi. A kawałki szkła oraz nasze porozrywane ubrania, które nie nadawały się do użytku były dosłownie wszędzie.
- Hmm.- chłopak złapał się za głowę.- Myślę, że tak. Nikt tu nie wszedł, bo drzwi były zakluczone. Trochę nabroiliśmy, nie?- uśmiechnął się.
- Trochę?- zaśmiałam się głośno, a Matt poszedł za moim przykładem.
Po małym ogarnięciu i ubraniu się, to znaczy założeniu na siebie tego, co pozostało z rozdartych i mokrych ubrań, opuściliśmy toaletę i wybiegliśmy z kawiarni w wampirzym tempie. W ciągu kliku sekund znaleźliśmy się w hotelu. Pierwsze co zrobiliśmy, to udaliśmy się prosto pod prysznic, by zmyć tą dziwną mazię, powstałą z szampana i krwi, jaka była na naszych ciałach. Do tej kawiarni już raczej nie pójdziemy- pomyślałam uśmiechając się pod nosem.



*****

Katherine

Wystrój restauracji był urządzony bardzo elegancko, nowocześnie, a zarazem przytulnie. Choć to ostatnie słowo nie pasowało do sytuacji w jakiej się znalazłam. Byłam rozchwiana emocjonalnie. Z jednej strony mogłam czuć się zwycięsko i wykupić swoją wolność od Klausa, ale z drugiej bałam się, że mi nie uwierzy. Minuty leciały cholernie powoli, a ja nadal siedziałam sama, wyczekując Stefana i Klausa. Może nie powinnam wysługiwać się młodszym Salvatorem?- zmartwiłam się. On mi pomagał, a jeśli by przez to też miał ucierpieć. Nigdy bym sobie tego nie darowała. Próbowałam nie myśleć o tym w ten sposób, ale choć bardzo chciałam pokierować myśli na inny tor, nie mogłam. Co chwilę zerkałam na duży pozłacany zegar, który się znajdował po mojej prawej stronie. Spóźniali się już dobrą godzinę. Nie mogłam tak bezczynnie siedzieć i czekać. Musiałam coś z tym zrobić, tylko co? To był pomysł Stefana byśmy spotkali się w miejscu publicznym, by Klaus nie był w stanie zrobić żadnego widowiska. No tak, jakby kilka czy kilkanaście obcych nic nie znaczących dla niego ludzi miało mu w tym przeszkodzić?- prychnęłam w myślach. Po jakimś czasie, wstałam z krzesła i podeszłam do okna. Nie wiem jak długo tam stałam i ich wypatrywałam. Znudziło mi się już patrzenie na zegarek co 5 sekund, oraz wydzwanianie do Stefana i ciągłe nagrywanie mu się na sekretarce. Gdyby nie to, że tak bardzo mi na nim zależało, już dawno bym zwiała. Jak na złość zabronił mi się stąd ruszać, musiałam tylko na nich czekać. Miałam dylemat, zostać tu, czy pójść wprost w paszczę lwa? Las Vegas znałam jak własną kieszeń. A w jego domu już raz byłam, gdy ratowałam Damona. Nie zniosłabym widoku Stefana, jakbym go zobaczyłam w takim samym stanie, w jakim zastałam bruneta. Dokończyłam pić kolejną lampkę czerwonego, wytrawnego wina. Nie zauważyłam nawet, kiedy szkło rozprysło się w mojej dłoni na milion małych kawałeczków. Odłamki naczynia wbijały mi się w dłoń, która od razu przybrała brunatny kolor, a krew zaczęła kapać na podłogę. Cholerne, wampirze zdolności- zaklęłam w duchu. Nagle, poczułam na swojej szyi ciepły oddech, a w wielkim balkonowym oknie odbiła się twarz pierwotnego, jednak nie tego na którego czekałam. Odwróciłam się niepewnie w jego stronę, nie wiedząc czego mogłam się po nim spodziewać. Obleciał mnie strach a moje ciało pokryło się zimnym potem. Spojrzałam mu w oczy, jakby szukając w nich zrozumienia, współczucia i pomocy. Przyglądał mi się uważnie obserwując moją twarz. Wyciągnął dłoń w moją stronę, głaskając nią delikatnie po policzku. Zadrżałam, choć sama nie wiedziałam czym to było spowodowane. Jego dotyk zawsze był taki kojący, czuły. A mnie na samą myśl o nim, przypomniały się czasy, w których spotkaliśmy się po raz pierwszy. Od zawsze był tym lepszym, dobrym i honorowym bratem. W jego towarzystwie zawsze czułam się wyjątkowo i bezpiecznie. Jednak czasy się zmieniły, my się zmieniliśmy. Nie wiedziałam czego mogłabym się teraz po nim spodziewać. Nie wiedziałam co tu robił, po co przyszedł i jak mnie znalazł.
- Katerina.- powiedział z czułością. To jedno słowo sprawiło, że zakręciło mi się w głowie i ugięły się pode mną kolana. Jednak, szybko otrząsnęłam się z tego transu, strącając jego dłoń i przybierając maskę obojętności.
- Elijah.- warknęłam.- Czego ode mnie chcesz?
- Twoja ręka.- ujął moją dłoń w swoje i wyciągnął z niej odłamki szkła. Kompletnie zignorował moje pytanie, opatrując mi rękę? Przecież to było niedorzeczne.
- Ogłuchłeś?!- krzyknęłam zirytowana.- Spytałam się, czego ode mnie chcesz?
- Bardzo dobrze cię słyszałem, Katerino.- odparł spokojnym głosem.- Przyszedłem po ciebie.
- Co?- zdziwiłam się.- Ale jak to po mnie? Elijah bądź poważny i mów o co ci chodzi.
- Stefan Salvatore właśnie rozmawia z moim bratem. Choć nie wiem, czy mógłbym to nazwać rozmową. Słyszałem, że miał przyprowadzić Klausa do ciebie i ty miałaś dla niego ofertę. Ale jak wiesz, Niklaus jest dość nadpobudliwy i…
- Czy zrobił coś Stefanowi?- zmartwiłam się nie na żarty.
- Nie, powstrzymałem go i obiecałem, że jak znajdę ciebie to sama mu o wszystkim powiesz.- jak przystało na dżentelmena, wystawił ramię w moją stronę bym je ujęła. Spojrzałam się na niego niepewnie, ale po tym jak nie dostrzegłam w jego oczach kłamstwa. Wsunęłam drżącą dłoń pod jego ramię.
- Więc, chodźmy do nich.- syknęłam.
Opuściliśmy pomieszczenie i wyszliśmy na zewnątrz. Zimne powietrze owiało moją twarz i trochę się wzdrygnęłam. Ale nie było to spowodowane tylko zimnem, którego praktycznie nie odczuwałam, ale tym co zastanę w domu mojego wroga. Opatuliłam się szczelniej płaszczem i spojrzałam kątem oka na mojego towarzysza. Jak zawsze był nienagannie ubrany. Miał na sobie elegancki i cholernie drogi garnitur, białą koszulę i szary krawat. Jego włosy były idealnie ułożone, a twarz nadzwyczaj spokojna. Jednym słowem, Elijah w ogóle się nie zmienił, był taki sam jak dawniej. Elegant i dżentelmen.
- Czemu tak mi się przyglądasz?- spytał, nawet nie odwracając w moją stronę wzroku.
- Sprawdzam twoją prawdomówność.- oznajmiłam z lekko drżącym głosem.
- Czyżbym kiedyś cię okłamał, droga Katerino?- spytał z udawaną nonszalancją, otwierając mi drzwi od strony pasażera. 
- Dowcipny Elijah.- zaśmiałam się pod nosem.- Jakby ktoś mi o tym powiedział, to chyba bym mu nie uwierzyła.
- Widzę, że nadal masz słabość do braci Salvatore.- zmienił temat, prowadząc samochód z niezwykłą lekkością, jednocześnie łamiąc przepisy panujące na drodze.
- Tylko mi nie mów, że cię to dziwi.- odgryzałam się, patrząc przed siebie.
- Nic takiego nie powiedziałem.- rzekł.- Nie denerwuj się tak. Wiem, że boisz się o Stefana bardziej niż o samą siebie. Będę w pobliżu, obiecuję że nikomu nie stanie się krzywda.- położył delikatnie wolną dłoń na mojej, lekko ją pocierając jakby chciał mi dodać tym otuchy.
- Dlaczego chcesz mi pomóc?- spytałam niedowierzając jego dobrym intencjom.- Dałam ci nie jeden powód do tego byś mnie mógł znienawidzić, byś mógł to wykorzystać przeciwko mnie. A teraz jesteś dla mnie miły?
- Nie wszyscy tłumią w sobie nienawiść.- odparł spokojnie. -To wcale nam nie pomoże zabić naszych wrogów, tylko zabije nas samych powolną i bolesną śmiercią. Domyślam się, że tobie, Niklausowi czy komuś innemu mogą się wydawać moje argumenty irracjonalne, ale taka jest prawda.
Nie odpowiedziałam nic na jego uwagę. Nie widziałam takiej potrzeby, by zaczynać z nim konwersację. Wolałam pomilczeć i bardziej się skupić na tym, jak powiedzieć Klausowi to czego się dowiedziałam o jego nowym wrogu, czyli czarownicy z Nowego Orleanu. Miałam nadzieję, że jak pierwotny się na niej skupi, to mnie zostawi w spokoju. A wtedy będę mogła być ze Stefanem. Przez ten czas, gdy szukaliśmy na niego brudów i jego nowych wrogów, bardzo się do siebie zbliżyliśmy. O dziwo, nawet ze spokojem przyjął wiadomość o niedoszłym poświęceniu w rytuale świętobliwej Elenki. To dobrze dla mnie znaczyło, ponieważ ona już nie była dla niego najważniejsza. Może rzeczywiście mnie kochał, tak jak ja kochałam jego?

*****

Dojechaliśmy na miejsce, a moim ciałem wstrząsnęły nieprzyjemne ciarki. Zerknęłam na Elijah, który ponownie otworzył mi drzwi i posłał mi serdeczny uśmiech. Z niepokojem wysiadłam z jego samochodu, udając się do rezydencji. Te drzwi, okna, długi korytarz, ponura i śmierdząca piwnica. Zdecydowanie nie chciałam przechodzić przez to kolejny raz. Kiedy Mikaelson nacisnął na klamkę, w celu otwarcia drzwi, miałam ochotę rzucić się do ucieczki. Ale tylko przez sekundę tak pomyślałam, bo zaraz przypomniałam sobie o moim Stefanie, który siedział tam z mojej winy. Po przekroczeniu progu, ścisnęłam mocno dłonie, wbijając w nie paznokcie. Syknęłam cicho. To już drugi raz tego wieczoru, gdy krwawiłam i do tego sama sobie zadawałam niekontrolowanie ból. Elijah objął mnie delikatnie i szepnął mi na ucho „Będzie dobrze. Głowa do góry”. Troszkę się uspokoiłam, ale tylko troszkę. Przeszliśmy przez długi korytarz, docierając do salonu. Miałam nogi jak z waty, zdawało mi się jakby każdy krok jaki stawiałam był moim ostatnim. Każdy szmer, głos, wydawał mi się niebezpieczny. Ale gdy już weszliśmy do salonu, uniosłam dumnie podbródek do góry, powtarzając sobie, że nie mogę mu pokazać swojej słabości, muszę być silna. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam Stefana całego i zdrowego. Siedział w fotelu popijając szkocką, a obok niego siedział… Klaus. Rozmawiali jak starzy przyjaciele, co chwilę rzucając jakimiś anegdotkami. Odchrząknęłam, tym samym zwracając na siebie uwagę. Oboje odwrócili się w moją stronę, uśmiechając się i potem powrócili do rozmowy.
- Mówiłem, że tylko rozmawiali.- szepnął Elijah, o którym zapomniałam. Spojrzałam się na niego z wściekłością. Nastraszył mnie?
- Długo kazaliście na siebie czekać.- powiedziałam, podchodząc do nich.- A i tak się jeszcze nie zjawiliście, tylko przysłaliście po mnie Elijah.
- Witaj, Katerino.- rzekł Klaus tym swoim brytyjskim akcentem.- Może zechciałabyś się z nami napić?- zaproponował uprzejmie? Nie, chyba musiało mi się przewidzieć. Byłam w ukrytej kamerze? Klaus nigdy nie był dla mnie miły. O co tu do cholery chodziło?
- Stefan przedstawił ci ofertę jaką mam dla ciebie w zamian za moją wolność i Damona?- od razu przeszłam do konkretów, ignorując jego dobre maniery.
- Tak.- odparł.- Pamiętaj, manipulancka suko. Jeśli mnie okłamałaś, gorzko za to zapłacisz.- zbliżył się do mnie niebezpiecznie blisko. Zobaczyłam w jego oczach wściekłe iskry. A więc już nie był miły.- prychnęłam.
- Uciekałam przed tobą przez ponad 500 lat. Myślisz, że narażałabym się ponownie?- puściłam do niego oczko, wymijając go i nalewając sobie trunku.
- Zagrywka w stylu Katherine Pierce.- zaśmiał się cynicznie.- W takim razie, słucham co wiesz o tej całej Jane- Anne- Deveraux?
- Dowiedziałam się tylko tyle, że spiskuje przeciwko tobie. Nie znam szczegółów.- skwitowałam, biorąc spory łyk mocnego trunku.
- Kto był taki uczynny i ci o tym powiedział?- spytał, uważnie lustrując moją twarz.
- Mam swoje znajomości.- ucięłam, po czym dodałam.- Możemy już iść?- spytałam, patrząc znacząco na Stefana, który się nie odezwał ani słowem od mojego przybycia.
- Katherine.- w końcu przemówił Stefan.- Zawiadomiłabyś Damona, że już jest w porządku i by się nie martwił?
- A dlaczego sam tego nie zrobisz?- nie podobało mi się w jaki sposób do mnie mówił. Bał się? Obiecał coś Klausowi? Nie, przecież już raz to przerabiali. Nie pozwolę mu znowu go zniszczyć!
- Nie może. Nie wierzę ci Katerino i dlatego zabieram Stefana ze sobą.- odpowiedział pierwotny z niebezpiecznym błyskiem w oku.
- Ale przecież… Sam możesz to sprawdzić.- dukałam niezrozumiale.- Elijah, wierzysz mi, prawda? – szukałam u niego ratunku, a gdy nic nie odpowiedział dodałam głośniej.- Obiecałeś, że mi pomożesz! Nie stój jak taki kołek! Powiedz coś!
- Katerino, uspokój się.- podszedł do mnie pierwotny, przemawiając znowu spokojnym głosem.- Oczywiście, że ci wierzę. Pamiętam co obiecałem i obietnicy dotrzymam. Nie bój się, dla bezpieczeństwa i utrzymania porządku pojadę z nimi do Nowego Orleanu. Gdy dowiemy się całej prawdy, Stefan wróci. Masz na to moje słowo.
- Weź mnie zamiast Stefana.- zaoferowałam się, nie chciałam narazić życia młodszego Salvatora. Wszyscy spojrzeli się na mnie z niedowierzaniem, a Stefan chyba najbardziej. Złapał mnie za dłoń, lekko ją pocierając. Ten mały, czuły dotyk sprawił, że poczułam się lepiej, znacznie lepiej. Wiedziałam, że zależy mu na mnie tak samo jak mi na nim. Widziałam w jego oczach obawę, strach i…miłość.
- Wybacz, ale nie nadajesz się na kompana.- wzruszył beznamiętnie ramionami Klaus.- Także, ci podziękuję. Żegnaj, Katerino.
- Nie, nie!- krzyczałam, ale nikt nie chciał mnie słuchać. Po raz pierwszy nie umiałam znaleźć dobrych argumentów. Wszyscy trzej wstali jak na komendę i ruszyli w stronę drzwi, kompletnie mnie ignorując.
- Stefanie.- pobiegłam za nim i rzuciłam się w jego ramiona.- Przepraszam, że cię w to wciągnęłam.- załkałam.
- To nie twoja wina. Nie chodziło tylko o ciebie, ale też o Damona.- odparł, wycierając łzę z mojego policzka i ucałował mnie czule w czoło. Poczułam się strasznie. Byłam bezradna, nie mogłam nic z tym zrobić. Bałam się, że teraz nie uwolni się od Klausa, że już go więcej nie zobaczę.
- Wrócę najszybciej jak się da.- dodał, ujmując moją twarz w obie dłonie.- Dbaj o siebie i nie daj się zabić mojemu impulsywnemu bratu.- uśmiechnął się przyjaźnie, sama też się uśmiechnęłam. Choć w środku cierpiałam.

*****

Damon

Dzień jak co dzień, każdy wyglądał tak samo. Im więcej tkwiłem w takim stanie, tym coraz częściej się zastanawiałem co tu jeszcze robiłem. No, ale odpowiedź chyba była prosta, Elena. To dla niej wciąż siedziałem w tej małej mieścinie, którą zwą Mystic Falls. Dobrze, że posiadała chociaż jeden bar, w którym właśnie spędzałem swój kolejny nudny wieczór. Piłem jedną szklankę za drugą złocistego płynu, a i tak się nie napiłem na tyle by móc choć przez chwilę zapomnieć moje denne życie. Od wczoraj postanowiłem dać Elenie spokój. Jak będzie chciała, sama będzie wiedziała gdzie mnie znaleźć. Jak długo miałem się czuć winny za coś, czego nie zrobiłem? Nie należałem do osób, które by się płaszczyły i błagały o wybaczenie. Przeprosiłem, naprawdę szczerze przeprosiłem za zbagatelizowanie przestrogi. Także, na tym moja rola się skończyła. Poczekam na nią tak długo, jak będzie trzeba. Niespodziewanie, poczułem jak ktoś się przysiadł koło mnie. Jej francuskie perfumy wyczułbym na kilometr. Miała dziewczyna tupet, zjawiać się po tym co zrobiła.
- Wiedziałam, że cię tutaj znajdę.- powiedziała, wyrywając szklankę z mojej dłoni i opróżniając jej zawartość jednym haustem.
- Katherine.- burknąłem z odrazą w głosie.
- Też się cieszę, że cię widzę Damonie.- odparła niczym nie wzruszona, zamawiając następną kolejkę whiskey.
- Czego tu szukasz? Kołka w sercu?- spytałem z sarkazmem.
- Bardzo śmieszne.- warknęła.- Nie myśl, że zapomniałam o tym co mi ostatnio powiedziałeś. Teraz mam ważniejsze sprawy na głowie, niż dręczenie małej Elenki. Chyba znowu będziemy musieli połączyć swoje siły.
- Jakie my? I jakie musimy?- rzuciłem w jej stronę wściekłe spojrzenie. Ona naprawdę myślała, że po tym co usiłowała zrobić, pomogę jej w czymkolwiek.
- Spokojnie, zaraz ci wszystko wytłumaczę.- westchnęła, po czym zaczęła kontynuować.-Tyle się wydarzyło… Przez ostatnie kilka miesięcy moje życie się zmieniło, w pewien sposób ja się zmieniłam. Tak, wiem, że zaraz będziesz się ze mnie śmiał. Ale naprawdę, znalazłam to czego szukałam i niczego więcej nie potrzebuję. Jednak też niczego nie żałuję. Myślę, że najlepiej będzie jak to przedstawię ci w inny sposób. A w drodze do Nowego Orleanu opowiem ci ze szczegółami. Tak, więc mam dla ciebie jedną dobrą i jedną złą wiadomość. Od której zacząć?- spytała, wwiercając we mnie duże czekoladowe oczy.
- Znajdź sobie innego słuchacza. Ja się do tego nie nadaję.- wzruszyłem ramionami, nalewając sobie alkoholu.
- Damon!- krzyknęła.- Myślisz, że zawracałabym ci tym dupę, jakby to nie dotyczyło ciebie?
- Wybacz, ale nie chcę mieć już z tobą nic więcej do czynienia.- odparłem wypranym z emocji głosem.
- Okej, a więc powiem ci w skrócie. Klaus już więcej nie będzie nam dokuczał, a zamiast tego wziął Stefana na wycieczkę.- mówiąc ostatnie słowo, zrobiła w powietrzu palcami cudzysłów.
- A co ma z tym wspólnego mój brat?!- krzyknąłem, ściskając boleśnie jej ramię.- Wykorzystałaś go? Nie sądziłem, że jesteś do tego zdolna by się nim wysługiwać. I ty się zmieniłaś?- prychnąłem.- Mów wszystko!
- Naprawdę tego nie chciałam.- szepnęła, wyrywając się z mojego uścisku.- Stefan sam mnie znalazł i zaoferował, że pomoże mi i tobie. Robiłam wszystko co w mojej mocy, by go ocalić, ale nikt mnie nie chciał słuchać.- gdybym jej nie znał, to mógłbym przysiąc, że widziałem łzy w jej oczach, które silnie próbowała powstrzymać.
- Przez przypadek, dowiedzieliśmy się o pewnej czarownicy z Nowego Orleanu, która mu zagraża. Więc uznaliśmy, że ona będzie dla niego większym zmartwieniem, niż zemsta  na nas.- dodała.- Klaus nam uwierzył, a bynajmniej tak mi się wydawało do czasu, kiedy powiedział, by sprawdzić naszą prawdomówność, zabiera ze sobą Stefana. Myślisz, że specjalnie narażałabym życie twojego brata?
- Powiedz coś do cholery!- potrząsnęła mną.- Pakuj swój tyłek i jedźmy odbić Stefana. Sama nie dam rady…
- Uratuję go bez twojej pomocy.- odparłem nadzwyczaj spokojnym głosem.
- Nie dasz rady.- nalegała.- Pojedźmy razem.
Już miałem coś odpowiedzieć, gdy poczułem na sobie czyjś wzrok. Odwróciłem się i napotkałem Elenę siedzącą w kącie i przyglądającą mi się oskarżycielsko. Ciekawe ile usłyszała z naszej rozmowy. Katherine od razu zauważyła, gdzie podążył mój wzrok.
- Kłopoty w raju?- szepnęła.- Wiesz, to nawet dobrze się składa. Przynajmniej w drodze do Nowego Orleanu nie będziesz o niej myślał.
- Daj mi w końcu spokój!- wyrzuciłem z siebie. Wstałem ze stołka barowego i udałem się do wyjścia. 

środa, 26 marca 2014

Rozdział XI

Okej, o to i jestem z nowym rozdziałem :D Mam nadzieję, że nie zjecie mnie za sceny z Daroline ( oczywiście w formie przyjaźni ) oraz zmienienia partnerki Stefana na Katherine ♥ Zbliżamy się również do przemiany Matta w wampira. Wystąpiły też malutkie komplikacje w związku Deleny, ale nie martwcie się, niedługo się pogodzą *.* choć nie powiedziane, że to będzie takie proste hehe.
Aa i z tego miejsca, chciałam Wam powiedzieć, że do końca opowiadania zostały 4 rozdziały! Postanowiłam, że jak już zaczęłam, to skończę tą historię. Nie mam pomysłów co do dalszego rozwoju sytuacji, a obecna Delena w serialu wcale mi tego nie ułatwia... nie o takie DE walczyłam, ale to nie tutaj. Także, naprawdę mam mega wyzwanie w opisywaniu ich scen w taki sposób w jaki ja sama chciałabym ich widzieć. Dobra, pewnie Was zanudzam już, tak więc zapraszam do czytania! ;)


Damon

Przejeżdżając obok domu Gilbertów, usłyszałem jej przeraźliwy płacz i krzyk, nie wiedziałem czego mogłem się spodziewać. Moją uwagę przykuła ona, leżała na podłodze, zakrwawiona i zapłakana. Podszedłem do niej i od razu ją przytuliłem, głaszcząc po włosach. Jednak mnie odepchnęła z całej siły, powtarzając w kółko „Jeremy!” zanosząc się coraz większym szlochem. Dopiero potem spostrzegłem go leżącego na ziemi, a właściwie to jego część, bo głowa była wyrzucona kilka metrów dalej. Byłem w szoku i na początku nie wiedziałem co się stało. Aż przypomniałem sobie Klausa przestrogę i to jak ją zbagatelizowałem. On miał się zemścić na mnie, a nie na jej bracie! Byłem wściekły na siebie i na swoją lekkomyślność. Ale co już się stało, to już się nie odstanie. Po mimo szarpania i protestów Eleny, wziąłem ją na ręce i zabrałem do samochodu. Posadziłem ją na siedzeniu i siłą wlałem w nią krew, którą miałem w bagażniku. Gdy jej rany się zagoiły i jej drobna twarz nabrała kolorów, zawiozłem ją do rezydencji. Kiedy dojechałem na miejsce, wysiadłem z samochodu i otworzyłem drzwi od strony pasażera. Bez słowa wziąłem delikatnie jej trzęsące się ciało i poszedłem z nią do domu. Posadziłem w fotelu i gdy upewniłem się, że się stąd nie ruszy, wróciłem do jej domu po ciało Jeremiego. Przez chwilę zastanawiałem się co mógłbym z nim zrobić. Wziąć tak po prostu i zakopać w ziemi? A może położyć go w domu? Żadna z tych opcji nie była idealna, ale nie mogłem go przecież zostawić na zewnątrz. W wampirzym tempie, pozbierałem jego ciało i zaniosłem do jego pokoju. Położyłem go na łóżku i przykryłem kołdrą. Chodziłem nerwowo po jego pokoju, trzymając się za głowę. Co teraz będzie? Co z Eleną? Czy wybaczy mi, że przyczyniłem się do śmierci jej brata? Zadręczałem się pytaniami, na które nie znałem odpowiedzi. Przez cały czas miałem przed oczami ten drastyczny obraz. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w takim stanie. Nie wiedząc co jeszcze mógłbym zrobić, wyciągnąłem telefon i wykręciłem numer do Caroline. Patrzyłem się na komórkę, wahając się czy nacisnąć zieloną słuchawkę. Mimo tego, że była czasami głupią blondynką, kiedy trzeba było miała głowę na karku i wiedziała co zrobić w takiej sytuacji. Raz kozie śmierć- pomyślałem i po naciśnięciu guzika, przystawiłem telefon do ucha, czekając na połączenie. Sygnały wydawały mi się strasznie długie. W końcu odebrała po jakimś czasie.
- Damon?- spytała się niepewnie. W tle było słychać głośną muzykę, co było do niej podobne. Od zawsze lubiła imprezy.
- Blondie, to ważne. Przyjedź jak najszybciej do domu Eleny.- powiedziałem na jednym wydechu.
- Co? Salvatore, nie słyszę cię. Poczekaj, wyjdę na zewnątrz.- przekrzykiwała muzykę.- Dobra, mów! Ale szybko, bo tak jakby jestem zajęta.- rzekła zirytowanym głosem.
- Rusz swój seksowny tyłeczek i bądź w domu Eleny za 5 minut.- odparłem głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- A może powiesz mi najpierw o co chodzi.- burknęła, wyraźnie wkurzona, że jej przerwałem zabawę.
- To tak w skrócie. Był Klaus, zabił Jeremiego, a Elena się nie odzywa i jest w moim domu.- wyjaśniłem.
- Halo, Barbie jesteś tam?- spytałem, gdyż nie usłyszałem od niej żadnej odpowiedzi od kilku minut. – Wiem, jesteś w szoku, ale może byłabyś taka miła i przyjechała?- mówiłem do aparatu podirytowanym głosem.
Nagle, zostałem brutalnie przyciśnięty do ściany. Jakieś drobne i delikatne dłonie dusiły mnie za szyję. Rozpoznałem właściciela, a właściwie właścicielkę, jej słodkie perfumy wyczułbym na kilometr.
- Ty skurwysynie!- krzyknęła, uderzając moją głową o ścianę.- To wszystko twoja wina! Przez ciebie Elena straciła ostatniego członka rodziny!
- Cieszę się, że tak szybko się zjawiłaś.- powiedziałem, odpychając ją od siebie. Gdy wybuchła głośnym płaczem, złapałem ją za ramiona i niepewnie przytuliłem do siebie. Na początku okładała mój tors piąstkami, ale potem się poddała i wtuliła mocno we mnie, pociągając nosem.
- Jesteś potworem! Ona nigdy ci tego nie wybaczy.- wyrwała się z moich objęć, patrząc na mnie oskarżycielskim wzrokiem.- Po co do mnie zadzwoniłeś? Oczekiwałeś rozgrzeszenia? Pocieszenia?
- Nie wiedziałem do kogo mógłbym zadzwonić.- odparłem, spuszczając wzrok. Blondie miała racje, ona mi tego nie wybaczy, to już był koniec. Wszystko schrzaniłem, zresztą tak jak zawsze.- Elena by pewnie chciała normalny pogrzeb, więc może zajęłabyś się tym? Ja się na tym zupełnie nie znam.
- Trzeba będzie zahipnotyzować księdza i grabarzy. Zająć się stypą i co najważniejsze Eleną. A co z nią? Gdzie ona jest?- dopytywała się.
- Zawiozłem ją do rezydencji. Nie chciałem, żeby oglądała swojego brata w takim stanie.- mówiąc to, kierowałem swoje kroki w stronę wyjścia.
- A ty dokąd? Zostawiasz mnie samą z nim?- złapała mnie za rękaw, wwiercając we mnie swoje przerażone oczy.
- Jesteś wampirem, złotko i boisz się trupa?- prychnąłem.- Czyń swoją powinność i puść mnie. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
- Cham!- usłyszałem za mną, a oprócz tego lamentowania i przekleństwa rzucone na moją osobę. Nie przejmowałem się tym, tylko ruszyłem szybko w kierunku domu.
Gdy znalazłem się w salonie, zobaczyłem Elenę w tej samej pozycji, w jakiej ją zostawiłem. Nie ruszyła się nawet o milimetr. Spojrzałem na nią ze współczuciem, na jej skulone, drżące ciało i pusty wzrok. Podszedłem do niej niepewnym krokiem i złapałem ją za rękę, ale nie zareagowała. Nawet nie wyczuła mojej obecności. Nie mogłem na nią patrzeć jak tak cierpiała, jak cierpiała przeze mnie.
- Byłem głupi, nie myślałem. Miałaś rację, ostrzegałaś mnie, a ja nic z tym nie zrobiłem. Tak bardzo mi przykro.- wyznałem skruszony. - Elena, powiedz coś, cokolwiek.- szepnąłem, siadając obok niej i głaszcząc po plecach.
- Zostaw mnie.- szepnęła, drżącym głosem.- Zostaw mnie samą.
- Nie mogę.- objąłem ją ramieniem, mocno przytulając do siebie.- Jeśli ci to w jakiś sposób pomoże, możesz się na mnie wyżyć. Wyzwij mnie, uderz, zrób co chcesz.- powiedziałem po chwili.
- A czy to przywróci życie mojemu bratu?!- krzyknęła, wstając energicznie z kanapy.
- Nie.- spuściłem głowę na dół, nie wiedząc jak się mam zachować. Nigdy nie znalazłem się w takiej sytuacji. Jakby to chodziło o kogoś innego, olałbym to i poszedł się napić, ale nie mogłem. Musiałem jej pomóc, tylko nie wiedziałem jak. Byłem bezradny.
- Co zrobiłeś?- szepnęła, spoglądając na swoje dłonie.- Co zrobiłeś z moim bratem?
- Zaniosłem do domu i zadzwoniłem po Caroline.- odparłem.
- Po Caroline?- spojrzała na mnie ze zdziwieniem.- Po co?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdyż usłyszałem blondynkę wchodzącą do mojego domu. Od razu podbiegła do Eleny, przytulając ją do siebie i uspokajając. Tkwiły w tym uścisku przez jakiś czas.
- Ona idzie ze mną.- oznajmiła twardo Blondie.- Jej noga nie postanie w tym domu, już nigdy więcej! Chodź, kochanie.- wzięła brunetkę pod rękę i udała się z nią do wyjścia.
- Nie będziesz za nią decydować!- zmaterializowałem się przed nimi, rzucając w stronę blondynki wściekłe spojrzenie.- Elena, porozmawiajmy, pozwól mi się wytłumaczyć.
- Już za późno, Damon.- szepnęła, pociągając nosem i ciągnąc Caroline ze sobą.


*****

Katherine

- Dziękuję słodziutki za podwiezienie.- nachyliłam się do taksówkarza, puszczając mu oczko. Widziałam jak brunet się speszył i zauważyłam kropelkę potu na jego czole. Uśmiechnęłam się z satysfakcją. Uwielbiałam gdy tak działałam na facetów.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panienko Pierce.- odparł uważnie mnie lustrując.
- A teraz kochaniutki odjedziesz stąd i zapomnisz o mnie.- powiedziałam używając hipnozy.
Zrobił to o co go poprosiłam i pojechał z piskiem opon. Wzięłam swoje bagaże i pokierowałam swoje kroki w stronę hotelu. Nowy Jork, to miasto o jakim marzyłam od dawna. Miałam nadzieję, że nikt mnie tu nie znajdzie i będę mogła w spokoju pozwiedzać i wyrywać jakieś seksowne i smakowite kąski. Zameldowałam się w hotelu na czas nieokreślony. Nigdy nie wiadomo kiedy mi się znudzi- pomyślałam. Weszłam do windy i wcisnęłam guzik z numerem 9. Ostatnie piętro, idealnie. Z niego najlepiej widać piękne widoki. Kiedy już znalazłam się w pokoju, postawiłam walizki i udałam się do łazienki. Kąpiel, długa, gorąca i odprężająca, tego mi było trzeba. Jednak, gdy tylko chciałam złapać za klamkę, poczułam czyjeś towarzystwo. Odwróciłam się energicznie i szukałam intruza. Przechytrzył mnie i powalił na ziemię, złapał mocno za ręce, przyciskając mnie twarzą do podłogi. To już mi się nie podobało. Próbowałam się wyrwać, ale na moje nieszczęście był ode mnie silniejszy.
- Spokojnie, nie ruszaj się, to nie zrobię ci krzywdy.- wyszeptał mi do ucha. Wszędzie bym rozpoznała jego głos. Na mojej twarzy wtargnął uśmiech. Od tej strony nie znałam młodszego Salvatora.
- Mmm.- zamruczałam.- Stałeś się szybki, silny, seksowny.
- Katherine, przestań.- ścisnął moje ręce. Był na mnie wściekły? Czyżby to miało znowu związek z Elenką? Miałam już jej serdecznie dosyć!- Musimy pogadać.
- Wiesz, bardzo chętnie, ale jestem w trochę niewygodnej pozycji.- zaśmiałam się perliście.
- Wybacz.- odparł zażenowany, po czym mnie puścił i wstał ze mnie. Podał mi rękę, pomagając mi wstać z podłogi.
- No proszę. Nie poznaję cię, najpierw brutalnie mnie przywitałeś, a teraz udajesz dżentelmena?- posłałam mu szelmowski uśmiech.
- Nie mam zbyt wiele czasu, więc przejdę do konkretów.- rzekł stanowczym głosem, chodząc nerwowo po pokoju.
- Może usiądziesz? Napijesz się ze mną wina?- zaproponowałam, podchodząc do barku.
- Nie przyszedłem w odwiedziny.- burknął.- Nie po to cię szukałem, żeby teraz jak gdyby nigdy nic usiąść z tobą i normalnie rozmawiać.
- Jak chcesz, ja sobie naleję.- przeszłam obok niego, przejeżdżając palcem po jego klatce piersiowej. Widziałam jak wciągnął powietrze. – Jaki rocznik według ciebie jest najlepszy?- spytałam, gdy już znalazłam się przy barku.
- Czy ty jesteś głucha?!- krzyknął.- Nie chcę z tobą pić!
- Skąd te nerwy?- uniosłam brew do góry, uśmiechając się do niego.- Zapytałam tylko o wino. Wiesz, że ja się nigdy na tym nie znałam. Więc? Jaki mi polecisz?
- Weź ’89.- odparł spokojnym głosem i spoczął na łóżku.
- Dobrze, to teraz powiedz, co ci leży na sercu.- postawiłam dwie lampki napełnione winem na stoliczku, który znajdywał się koło łóżka.
- Dla kogo ten drugi?- spojrzał się na mnie ze zdziwieniem.
- Dla ciebie, głupcze.- uśmiechnęłam się pod nosem. Stefan był taki słodki i niewinny. Zupełnie inny niż jego brat. Dlatego go tak uwielbiałam i lubiłam spędzać z nim czas.
- Przecież mówiłem, że…a dobra, mniejsza o to.- machnął ręką i opróżnił zawartość lampki wina jednym haustem.
- Ho ho, w takim tempie to nam zabraknie alkoholu.- zaszczebiotałam, zakładając nogę na nogę, odsłaniając przy tym większą część uda.- Dolać?
- Nie wiem jak mam ci to powiedzieć.- złapał się za głowę, jakby coś go gryzło.
- Już dobrze.- przybliżyłam się do niego i położyłam rękę na jego ramieniu. W tym momencie zrobiło mi się go bardzo szkoda.- Mi możesz powiedzieć wszystko.
- Chodzi o mojego brata.- spojrzał się na mnie, jakbym była jego ostatnią deską ratunku.
- Co ten idiota znowu zrobił? W jakie tym razem wpakował się kłopoty?- byłam już znudzona jego problemami. Starszy Salvatore od zawsze był porywczy i najpierw coś zrobił zanim pomyślał, przez co siedział po uszy w jakimś gównie.
- To dotyczy również ciebie, Katherine.- rzekł, lustrując moją twarz.- Klaus, on chce się na was zemścić. Na tobie i na Damonie.
- Pięknie.- zakpiłam.- Nie dość, że mu pomogłam, to teraz będę musiała się użerać z tą pierdoloną hybrydą!- wstałam z łóżka, chodząc po pokoju z wymalowaną wściekłością na twarzy.- Przyszedłeś mnie ostrzec? A może chcesz mnie zaprowadzić prosto w łapy Klausa?!
- Damon to mój brat.- wyjaśnił, jakby to miało być jakieś wytłumaczenie.- Ale ty też jesteś dla mnie ważna, Katherine.- podszedł do mnie, łapiąc mnie za dłonie i patrząc głęboko w moje oczy.
- To co zamierzasz zrobić?- spytałam cicho.
- Nie wiem, ale na pewno coś wymyślę.- oznajmił ze szczerością w głosie.- Wymyślimy.- poprawił się, wyczekując ode mnie logicznego rozwiązania z tej popieprzonej sytuacji.
- Ile mamy czasu?- zapytałam.
- Klaus odwiedził Damona kilka dni temu i mu groził, więc niewiele.- odparł ze smutkiem w głosie.- Nie chcę go stracić i nie chcę stracić również ciebie.
- Nie martw się, Stefan.- uspokoiłam go, głaskając po policzku.- Katherine Pierce nie poddaje się tak łatwo. Znajdę coś na niego. Nikogo nie stracisz.
Wtedy stało się coś, czego bym się w życiu po nim nie spodziewała. Przytulił się do mnie, mocno a zarazem stanowczo obejmując mnie w pasie. Wtulił się we mnie jak mały, zagubiony chłopczyk. Odwzajemniłam jego uścisk, czując rozlewające się ciepło w moim ciele. On się o mnie martwił. Nie chciał mnie stracić. Nie miałam już wątpliwości, którego z braci Salvatore kochałam najbardziej, o którego powinnam walczyć i zrobić wszystko co w mojej mocy by z nim być.

*****

Elena

Właśnie dziś przeżyłam najgorszy dzień swojego życia. Był pogrzeb mojego brata. Wszystkie wspomnienia związane z nim uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Cholerne wampirze emocje- przeklęłam w duchu. Byłam wdzięczna moim przyjaciołom, że się wszystkim zajęli, gdyż ja nie byłam w stanie. Nadal miałam podpuchnięte i czerwone oczy od płaczu. Siedziałam na kanapie w domu Bonnie, pijąc gorące kakao. Przyjaciółka zawsze powtarzała, że mleczny napój był dobry na wszystko. Więc dlaczego nie zastąpił pustki w moim sercu? Dlaczego nie chciało przestać krwawić? W tym momencie brakowało mi nie tylko mojego brata, ale również i Damona. Tak bardzo chciałam się znaleźć w jego silnych i dających mi bezpieczeństwo ramionach. Jednak przez cały czas dudniły mi w uszach słowa moich bliskich, że to przez niego tak się stało i to on był wszystkiemu winien. Poniekąd mieli racje, ale przecież nie zrobił tego specjalnie, prawda? Jaka ja byłam głupia!- karciłam się w myślach. Nadal go broniłam, usprawiedliwiałam jego czyny. Zastanawiałam się czemu do mnie nie podszedł na cmentarzu. Stał jak zwykle ubrany na czarno i przyglądał mi się z daleka z przepraszającym wzrokiem. Jego obecność dodawała mi otuchy, cieszyłam się, że pofatygował się przyjściem. Chociaż wolałabym, żeby stał obok mnie.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze?- nagle usłyszałam zatroskany głos mulatki, która usiadła obok mnie.
- Nie, dziękuję.- zaprzeczyłam.
- Może chcesz o tym pogadać? Będzie ci łatwiej.- powiedziała, łapiąc mnie za rękę.
- A tobie będzie łatwiej? Kochałaś go, tak samo jak ja.- rzekłam, czując napływające do moich oczu łzy, którym dałam upust.- Przepraszam, pójdę się położyć.
- Elena…- odprowadziła mnie wzrokiem do pokoju gościnnego w którym spałam. Nie mogłam wrócić do mojego rodzinnego domu, nie dałabym sobie tam sama rady, nie po tym co się stało. Wszyscy moi domownicy nie żyli. Nienawidziłam tego domu, nienawidziłam tej miejscowości!
Po odprężającym prysznicu, przebrałam się w piżamę i wskoczyłam pod mięciutką i ciepłą kołdrę. Otuliłam się nią, rozmyślając o moim bracie, o tym że już nigdy więcej go nie zobaczę, nie usłyszę jego głosu. Jakie to życie było niesprawiedliwe, dlaczego odebrało mi ostatniego członka mojej rodziny? Załkałam cicho, połykając słone i duże łzy. Moja przyjaciółka już spała, więc nie chciałam jej obudzić moimi wybuchami. Po dłużących się w nieskończoność minutach, a może godzinach w końcu zamknęłam ociężałe powieki i zasnęłam.
Przebudził mnie cichy szelest, ktoś był w moim pokoju. Moje serce łomotało jak oszalałe. Zamknęłam mocniej powieki  zacisnęłam palce na krawędzi kołdry. Czułam jak nieznajomy przysiadł na łóżku i przyglądał mi się przez jakiś czas. Nie zareagowałam, tylko cierpliwie czekałam na kolejny jego ruch. Myślałam, że miałam do czynienia z mordercą. Ale ku mojemu zdziwieniu, obszedł w koło łóżko, podniósł kołdrę i wszedł pod nią, szczelnie obejmując mnie ramionami. Otworzyłam powoli powieki nic z tego nie rozumiejąc. Dopiero po chwili poznałam znajomy zapach wody kolońskiej i tak dobrze mi znany, przyjemny dotyk. Nie mogłam w to uwierzyć, że tu był. Z mojego oka popłynęła jedna łza, ale nie ze smutku, tylko ze szczęścia. Przejechałam opuszkami palców po jego dłoni, ciesząc się z jego obecności.
- Co tu robisz?- spytałam szeptem.
- Śpię z moją dziewczyną.- odparł z uśmiechem. Mimo panującego mroku i tego, że byłam odwrócona do niego plecami, niemal wyczułam na jego ustach uśmiech.
- To jest dom Bonnie.-stwierdziłam.- Nie powinno cię tu być.
- Obiecuję, że będę cichutko i zniknę o świcie. Nawet mnie nie zauważy.- wtulił twarz w moje włosy, mocniej się do mnie przytulając.
- Widziałem jak płakałaś i drżałaś. Miałaś niespokojny sen.- powiedział po chwili ciszy.- Pomyślałem, że potrzebujesz wsparcia i dlatego zakradłem się do domu wiedźmy.- wciągnął głośno powietrze, po czym dodał.- A po za tym, strasznie za tobą tęskniłem.
- Ja za tobą też.- wyznałam szczerze, odwracając się w jego stronę. Spojrzałam na jego twarz i wyraźnie zauważyłam w jego oczach pustkę, taką samą jaka była w moich.
- Nawaliłem i choć bardzo chciałbym cofnąć czas. To wiem, że i tak nie dam rady, i nie przywrócę życia twojemu bratu.- powiedział ze smutkiem w głosie.- Ale chcę, żebyś wiedziała jak bardzo jest mi przykro. Przepraszam.
- Zostałam sama.- rzekłam cicho.
- Nie jesteś sama.- zaprzeczył, całując mnie delikatnie w czoło.- Zawsze będę przy tobie.
- Zrobisz coś dla mnie?- spytałam, celowo ignorując kolejny raz jego wypowiedź. Nie miałam teraz ochoty na rozmowę, a tym bardziej na kłótnie.
- Wszystko, co tylko zechcesz.- szepnął mi do ucha, głaszcząc po plecach.
- Pójdź do mojego domu, spakuj moje rzeczy i przynieś je tutaj. Nie mogę przez cały czas chodzić w ubraniach przyjaciółki, a dla mnie jest jeszcze za szybko, żebym mogła zrobić to sama. Za dużo bolesnych wspomnień kojarzy mi się z tym domem.- oznajmiłam, starając się nie wybuchnąć płaczem.
- Dobrze, zrobię to z samego rana, ale wolałbym, żeby twoje rzeczy znalazły się w moim domu.- powiedział z nutką nadziei.
- Nie, idź teraz.- odepchnęłam go lekko od siebie.- Damon, nie wrócę do ciebie, nie teraz.
- Elena, ale…- usłyszałam zawód w jego głosie.
- Idź już, proszę.- szepnęłam błagalnie, odtrącając jego dłonie, które silnie próbowały mnie do niego przyciągnąć. Walczyłam sama ze sobą. Tak naprawdę nie chciałam, żeby odchodził, ale musiałam tak zrobić. Tak było słusznie.
- Pozwól mi zostać.- szepnął, uważnie lustrując moją twarz.- Potrzebujesz mnie tak samo, jak ja potrzebuję ciebie. Jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Nie utrudniaj tego.- wstałam energicznie z łóżka, otwierając okno na oścież i patrząc na niego z bólem serca.
- Nie poddam się tak łatwo.- odparł stanowczym głosem, zakładając na siebie kurtkę.
Zanim wyszedł, zerknął jeszcze na mnie, po czym w ciągu sekundy zmaterializował się przede mną. Przyciągnął mnie do siebie, łącząc nasze usta w pocałunku, którego nie próbował pogłębiać. Musnął je tylko kilkakrotnie. Niepewnie zarzuciłam ręce na jego szyję, wczepiając palce w kruczoczarne włosy. Od razu poczułam jego ręce błądzące po moich plecach. Dotykał mnie łapczywie, łaknąc mojego ciała i trzymając mnie pewnie. Zamruczałam cicho z zachwytu, gdy przejechał językiem po mojej dolnej wardze. Otworzyłam lekko usta, tym samym wpuszczając go do środka. Nie musiałam długo czekać na jego reakcje. Nasze języki zaczęły tańczyć ze sobą. Miał racje, bardzo go potrzebowałam, bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić. Zatraciłam się bez reszty w tym mężczyźnie. Po pewnym czasie, skończył mnie całować, a na jego twarz wtargnął prawdziwy uśmiech. Ciężko dysząc, oparł swoje czoło o moje, dotykając nosem o mój nos.
- Dobranoc, Eleno.- szepnął, głaszcząc mój policzek i zniknął.

*****

Caroline

- Matt, powtarzam ci po raz enty, że to nie czas i miejsce, żebym mogła cię przemienić.- powiedziałam zirytowana.
- A kiedy będzie?- spytał, rzucając talerzem, który pękł na milion małych kawałeczków.
- Daj, posprzątam to.- kucnęłam przy nim, zabierając od niego ostre kawałki, które już zdążyły pozostawić na jego dłoniach krwawe ślady. Z całej siły starałam się, żeby moja twarz pozostała normalna. Wzięłam kilka głębokich oddechów i podziałało. Nie miałam ochoty się na niego rzucić. Wstałam więc, przyniosłam apteczkę i delikatnie opatrzyłam jego dłoń.
- Udało mi się!- rzekłam z satysfakcją, przyklejając na zranienia plaster.
- Caroline, no jasne, że tak. Przecież ty byś nigdy nie zrobiła mi krzywdy.- pogłaskał mnie czule po policzku, patrząc na mnie z miłością.- Ja w ciebie zawsze wierzyłem.
- Teraz, ja też w siebie wierzę.- odparłam radośnie.- Gotowe!- klasnęłam w dłonie.- Do wesela się zagoi.
- Do czyjego?- spytał, unosząc brew do góry.
- Czy mam to rozumieć jako oświadczyny?- spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Wiem, że to dziwnie by wyglądało, ale tak sobie pomyślałem…a zresztą nieważne.- odparł zmieszany, wyrzucając resztki stłuczonego talerza do kosza.
- Matt, niepotrzebny nam jest jakiś świstek papieru.- złapałam go za rękę, odwracając  w swoją stronę.- Jednak, jeśli moje zapewnienie o miłości do ciebie ci nie wystarczy, to…
- Care, nie musisz nic mówić.- musnął moje usta swoimi.- Zapomnij o tym.
- Wiesz, kiedyś jak byłam człowiekiem chciałam i to nawet bardzo stanąć na ślubnym kobiercu. Ale teraz jestem wampirem i już nie czuję takiej potrzeby.- oznajmiłam szczerze.
- Wiem, wygłupiłem się i tyle.- wyminął mnie, otwierając lodówkę i wyciągając z niej piwo.- Chcesz?- spytał, pokazując na alkohol.
- Nie.- zaprzeczyłam głową.- Zadzwonię do Eleny, zobaczę jak się trzyma.- odparłam, udając się do salonu.
- A może razem do niej pójdziemy?- zaproponował.- Jeremy był naszym przyjacielem. Pewnie ciężko jest jej pozbierać się po tym wszystkim.- dodał ze smutkiem.
- Jasne.- posłałam mu blady uśmiech.- Tylko wezmę torebkę.
- A na co ci torebka? Przecież dom Bonnie znajduje się kilka przecznic stąd.- powiedział z rozbawieniem.
Wzruszyłam tylko ramionami i przed wyjściem przejrzałam się w lustrze. Faceci, nigdy tego nie zrozumieją- pomyślałam, śmiejąc się pod nosem. Mój chłopak złapał mnie pod rękę i razem wyszli na zewnątrz. Drogę do domu mojej przyjaciółki przeszliśmy w milczeniu. Dlatego też tak mi się dłużyło i wydawało jakbyśmy szli całą wieczność. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, drzwi nam otworzyła mulatka z obojętną miną. Wpuściła nas do środka, przyklejając na twarz sztuczny, zbolały uśmiech. Nie dziwiłam jej się, w końcu straciła miłość swojego życia, a Elena brata. Chociaż mi, czy Mattowi też było ciężko się z tym pogodzić, to jednak nie przeżywaliśmy tego tak jak one. Swoje kroki pokierowałam do salonu, gdzie zastałam siedzącą na fotelu Eleną i patrzącą się w jakiś punkt na ścianie. Nawet się na mnie nie spojrzała. Może mnie nie usłyszała? A może po prostu nie miała ochoty na wizytę?
Przykucnęłam obok niej, kładąc swoją dłoń na jej.
- Kiedyś ból minie.- powiedziałam dodając jej otuchy.
- Może tak, a może nie.- szepnęła ze smutkiem.
- Trzeba być dobrej myśli.- spojrzałam się na nią radośnie.
- Care, jesteś moją przyjaciółką, prawda?- zrobiłam zdziwioną minę, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dałam jej powód, by myślała inaczej. Jednak odepchnęłam je od siebie, przytakując głową i posyłając jej ciepły uśmiech.- Mam do ciebie prośbę.- odezwała się, patrząc na mnie błagalnie.- Mogłabyś pójść do Damona i wziąć od niego moje rzeczy?- spytała się z nadzieją.
- Co?- swoją prośbą, zbiła mnie z pantałyku.- Ale…- próbowałam się wymigać, jednak gdy się na nią spojrzałam, nie byłam w stanie jej odmówić i się zgodziłam.- No dobrze. Tylko zajmij czymś Matta, nie będzie zadowolony kiedy się dowie, gdzie poszłam.
- Dziękuję.- odparła z ulgą i wdzięcznością.- Wiesz, że cię kocham.
- Ja ciebie też.- przytuliłam ją i wymknęłam się tylnymi drzwiami.

Bezszelestnie weszłam do rezydencji Salvatorów. Bez namysłu, udałam się na górę, zastanawiając w którym pokoju może trzymać jej ubrania. Hmm, z racji tego, że byli/są parą, to pewnie w jego własnym- pomyślałam. Po cichu skręciłam w lewo, gdzie znajdowała się sypialnia Damona. Najpierw nadsłuchiwałam, czy nie było go w pobliżu, a gdy nie wyczułam jego obecności, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. W pokoju panowały egipskie ciemności, wszystkie meble, zasłona, a nawet pościel były w kolorze czarnym. O, Boże- zapisnęłam cicho z przerażenia. To wyglądało jak w jakimś horrorze. Jeszcze brakowało tu święcących kościotrupów i trumien- zakpiłam. Ale oprócz przewyższającego ciemnego koloru, poczułam pięknie pachnące perfumy, które leżały na szafce koło łóżka. Nogi same poniosły mnie w ich stronę i nie wiedząc czemu, wzięłam je do ręki, i po otwarciu fiolki, wciągnęłam cudowny zapach, który uderzył w moje nozdrza. Otrząsnęłam się z tego transu, gdy usłyszałam zamykające się drzwi na dole. O, cholera- zaczęłam panikować. Odłożyłam perfumy na miejsce i już miałam wyskoczyć przez okno, kiedy przypomniało mi się po co tu przyszłam. Zanim zdążyłam się gdzieś schować, zobaczyłam go stojącego jak gdyby nigdy nic w pokoju. Przyglądał mi się ze zdziwieniem.
- Co tu robisz?- spytałam, a zaraz potem zdałam sobie z tego sprawę jak idiotycznie to zabrzmiało.
- O to samo mógłbym spytać ciebie.- odparł z sarkazmem.- A więc, co Caroline Forbes robi w mojej sypialni?
- Bo ja…- nagle zabrakło mi języka w gębie, ale się ogarnęłam i powiedziałam na jednym wydechu.- Dobrze się składa, że przyszedłeś. Przynajmniej nie będę musiała grzebać ci w szafach. Kto wie, co tam w nich chowasz.
- A to czemu chciałaś mi grzebać w szafach?- podszedł do mnie blisko, lustrując mnie od góry do dołu.
- Śmierdzisz.- stwierdziłam z obrzydzeniem.- Jedzie od ciebie jak z gorzelni.- zmarszczyłam nos i odsunęłam się od niego.
- Nie dość, że wkradasz się do mojego domu, to jeszcze masz czelność mnie obrażać!- warknął zirytowany.
- Oddaj ubrania Eleny i już mnie nie ma!- krzyknęłam.
- Nie!- zaprzeczył twardo.- A ty, tylko spróbuj coś ruszyć w tym pokoju, to ci wyrwę twoją śliczną rączkę!
- Serio?- spojrzałam na niego odważnie.- Chcesz skrzywdzić kolejną bliską osobę Eleny? Proszę bardzo! Zobaczymy, czy wtedy tak szybko ci wybaczy.
- Spierdalaj stąd, Blondie i nie pokazuj mi się więcej na oczy!- wykrzyczał mi w twarz, rzucając we mnie niebezpieczne i wściekłe spojrzenie. Odsunęłam się jeszcze bardziej od niego, ale napotkałam za sobą ścianę. Na moim ciele pojawiła się gęsia skórka, bałam się tego pieprzonego dupka. Ale przecież nie skrzywdziłby mnie naprawdę? Cholera, teraz nie byłam niczego pewna, więc postanowiłam delikatnie z nim porozmawiać.
- Elena mnie tylko prosiła o przyniesienie jej najpotrzebniejszych rzeczy. Daj mi je i wszyscy będą szczęśliwi.- powiedziałam lekko się uśmiechając.
- Po moim trupie!- odparł nieugięty, pokazując mi ręką drogę do wyjścia.
- Ale z ciebie jest dupek i to w negatywnym tego słowa znaczeniu.- stwierdziłam z niesmakiem.- A Elena cię kocha i ja się pytam za co? Jesteś najbardziej popieprzonym i zgorzkniałym facetem jakiego znam. Zabijasz z zimną krwią, zapijasz się w barze, a krzywdzenie innych sprawia ci przyjemność i do tego te twoje sarkastyczne teksty. Ughh.
- Skończyłaś?- spytał wyraźnie wkurzony.
- Nie!- oznajmiłam twardo.- Nie ruszę się stąd bez rzeczy mojej przyjaciółki.- oparłam ręce na biodrach i patrzyłam się na niego ze zniecierpliwieniem.
- Skoro się sama nie ruszysz, to ja ci w tym pomogę.- uśmiechnął się cynicznie i w mgnieniu oka wziął mnie na ręce, po czym wyskoczył ze mną przez okno. Krzyczałam i wyrywałam mu się, ale niestety był ode mnie silniejszy. Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, postawił mnie na ziemi i ruszył w stronę drzwi.
- Do widzenie, Barbie.- rzucił na odchodne, zamykając za sobą ciężkie, mosiężne drzwi.