sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział XII

Witajcie moi kochani czytelnicy! ♥ Z bólem serca kończę to opowiadanie... I nie chodzi tylko o obecne TVD, ale też o to, że skończyły mi się pomysły, a przede wszystkim nie mam czasu :/ Tak, z marszu napisany jest ten rozdział. Aczkolwiek mam nadzieję, że nie taki najgorszy :P Teraz będzie najlepsze, opowiadanie o Delenie, w którym nie będzie Deleny xd tzn. Damonek się pojawi, a Elenka zaledwie na 5 sekund. Za to będzie coś dla miłośników Maroline, Katherine, Elijah, Klausa i Stefana :D Dobra, żeby dłużej nie przedłużać, zapraszam wszystkich do czytania! ;)


Caroline

- A nie mówiłam, że Atlanta jest cudowna.- powiedziałam zachwycona, gdy razem z Mattem przemierzaliśmy przez tłoczne ulice miasta.
Po kilku tygodniach, które były dla nas wszystkich ciężkie, zasłużyliśmy na chwilę przyjemności. Ogromnie się cieszyłam, że udało mi się namówić mojego chłopaka na wyjazd. Miałam mu tyle pięknych miejsc do pokazania, że chyba zajęłoby nam to wieki. Ale na szczęście na brak czasu nie musieliśmy narzekać. Już nie. Tak jak mu obiecałam, przemieniłam go w wampira. Teraz byliśmy oboje nieśmiertelni i mieliśmy przed sobą świetlaną przyszłość, cały świat stał przed nami otworem. Ku mojemu zdziwieniu, szybko przystosował się do nowego otoczenia. Opanowanie głodu zajęło mu dosłownie niecały tydzień. W końcu miał najlepszą nauczycielkę pod słońcem, czyli mnie- zaśmiałam się pod nosem. Kątem oka spojrzałam na niego, nadal nie dowierzając w swoje szczęście. Wiem, że to było trochę egoistyczne z mojej strony. Moje przyjaciółki nie miały takiego szczęścia jak ja. Elena nadal była przygnębiona i znowu straciła chęć do życia, wyglądała jeszcze gorzej niż po wyjeździe Damona, z którym swoją drogą nie utrzymywała kontaktu. To znaczy, on się starał jak mógł, z tego co mi mówiła Bonnie, nadal ją odwiedzał wieczorami w jej domu i zasypiał przy jej boku. Ale to tylko tyle. Winiła go za śmierć brata. A Bonnie? Biedna, nie dość, że rozstała się z Jerem w złości, to teraz on nie żył. Wspominała coś o wyjeździe do rodziny, do Salem. Gryzły mnie wyrzuty sumienia, że zostawiłam je same sobie i spędzałam wspaniałe chwile z Mattem. Byłam okropną przyjaciółką.
- Ej, co to za grymas na twojej ślicznej buźce?- przez moje zamyślenie, nie zauważyłam, że przez ten cały czas blondyn mi się bacznie przyglądał. Wziął mnie za rękę i poprowadził na rynek, do najbliższej ławeczki. Usiedliśmy się, nie puszczając swoich dłoni.
- Care, co się stało?- spytał zmartwionym głosem.- Jeśli znudziło ci się to miasto, możemy pojechać gdzieś indziej, albo wrócić do domu.
- Och, Matt.- wzruszyłam ramionami.- Tu jest przepięknie, mogłabym zostać tu na zawsze. Ale… jestem najgorszą przyjaciółką pod słońcem. Przypomniałam sobie o Elenie i Bonnie. One nadal są w żałobie, smutne, zdołowane, podczas gdy ja…  Sam rozumiesz o co mi chodzi, prawda?- spojrzałam na niego, spod wachlarza długich rzęs.
- Tak, rozumiem.- szepnął chłopak, pocierając palcami moje kłykcie.- Ale z drugiej strony nie ma w tym nic złego, że jesteś szczęśliwa. To nie czyni z ciebie złej osoby. Ten wyjazd dobrze nam zrobił, mogliśmy choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości.
- Dziękuję ci.- zarzuciłam mu ręce na szyję, delikatnie muskając jego usta swoimi.- Zawsze wiesz, jak mnie podnieść na duchu.
- Jednak i tak niedługo będziemy musieli wrócić.- delikatnie odsunął się ode mnie i pogłaskał mnie po policzku.- Zostawiłem bar. Beze mnie oni tam zginą.
- Mógłbyś już sobie darować tą pracę.- oznajmiłam zirytowana.- Chcesz tam pracować w nieskończoność? Przecież ludzie się po kilku, bądź kilkunastu latach zorientują, że nie starzejesz się i w ogóle nie zmieniasz.
- Przeszkadza ci to, że kocham moją pracę?- powiedział z oburzeniem.- Bar jest dla mnie ważny. Od kiedy pamiętam pracowałem tam, wychowywałem się i dorastałem wraz z nim. Nie mogę go teraz od tak porzucić, nie potrafię.
- W takim razie, dlaczego chciałeś zostać wampirem?!- warknęłam.
- Zrobiłem to dla ciebie.- odrzekł.- Wszystko bym dla ciebie zrobił.- westchnął głośno i po tych słowach, wstał, odwrócił się ode mnie i poszedł przed siebie.
Nadal siedziałam, analizując jego słowa. Dopiero potem dotarł do mnie sens jego słów. Poświęcił wszystko dla mnie, dosłownie wszystko. Do tej pory nie zdawałam sobie nawet z tego sprawy, jak bardzo mnie kochał i jak bardzo mu na mnie zależało.  Wstałam energicznie z ławki, rozglądając się na boki. Jednak nawet moim wampirzym wzrokiem, to wcale nie było takie łatwe go znaleźć wśród tłumu. Przeciskając się przez ludzi, wołałam go najgłośniej jak umiałam. Niestety, albo mnie nie słyszał, albo nie chciał słyszeć. Nie dając za wygraną, sprawdzałam każdy budynek jaki napotkałam na swojej drodze. Ale nigdzie go nie było. Nagle, przypomniała mi się malutka kawiarenka na przedmieściach. Poszliśmy tam pierwszego dnia naszego pobytu tutaj. Pokierowałam swoje kroki w jej stronę i po kilkunastu minutach dotarłam na miejsce. Otworzyłam energicznym ruchem drzwi, troszkę za mocno je zamykając, bo zwróciłam przy tym uwagę wszystkich osób, którzy tam byli. Szepnęłam tylko niedbale przeprosiny i ruszyłam w głąb pomieszczenia, dokładnie je przeczesując w poszukiwaniu mojego chłopaka. Był tam, odetchnęłam z ulgą i uśmiechnęłam się do niego. Siedział w ciemnym rogu, pijąc dużą kawę. Podeszłam do jego stolika i usiadłam naprzeciwko niego. Matt nawet na mnie nie spojrzał, robiąc łyżeczką wzorki na piance.
- Wiesz, robią tu najlepszą kawę w całym mieście.- zagadnęłam radośnie.- Odezwiesz się do mnie, czy nadal będziesz mnie ignorował!- wybuchłam, kiedy nie otrzymałam odpowiedzi.
- Chciałem po prostu pobyć chwilę sam.- szepnął.
- Ahaa.- wydukałam, krzyżując ręce na piersiach.
Nigdy nie należałam do cierpliwych osób. Siedzenie w ciszy doprowadzało mnie do szału. Już miałam coś powiedzieć, gdy nie wiadomo skąd podszedł do mnie kelner, pytając przesłodzonym głosem czy chciałabym złożyć zamówienie. Odwróciłam się w jego stronę, wpatrując się w niego oskarżycielskim wzrokiem, jakby był czemuś winny. A on przecież tylko wykonywał swoją pracę. Po wzięciu głębokiego wdechu, odpowiedziałam obojętnym głosem, by przyniósł butelkę schłodzonego szampana i dwa kieliszki.
- Mamy co świętować?- spytał zdziwiony chłopak, gdy kelner odszedł.
- Każda okazja jest dobra, do tego by napić się szampana w towarzystwie ukochanej osoby, prawda?- zaszczebiotałam piskliwym głosikiem, posyłając mu uśmiech.
- A może wzięlibyśmy go na wynos?- uśmiechnął się zadziornie. Już wiedziałam co miał na myśli. Od kiedy stał się wampirem, nasze życie erotyczne nabrało większego ognia. Po ściągnięciu szpilki, bardzo powoli przejechałam stopą po jego nodze, tym samym dając mu do zrozumienia, że się zgadzałam. 
- Już nie mogę się doczekać, kiedy będziemy świętować w pokoju.- oblizałam wargę koniuszkiem języka. Widziałam jak chłopak wciągnął głośno powietrze. Jego zmysły były jeszcze wrażliwe, wzmocnione. A ja tylko zaostrzałam jego apetyt, drażniąc się z nim w miejscu publicznym. Niespodziewanie, dotarłam nagą stopą, do jego wybrzuszenia. Od razu pociemniały mu oczy i spojrzał się na mnie, jakby miał mnie zaraz zjeść wzrokiem.
- Care.- wycharczał.- Poczekajmy aż stąd wyjdziemy.
- Ale ja nie chcę czekać.- odparłam zadziornie, jednocześnie masując jego krocze. Nie obchodziło mnie w tej chwili to, że ktoś mógł widzieć, co wyprawialiśmy pod stolikiem. -Zróbmy coś szalonego.- szepnęłam mu na ucho, znajdując się za nim, jednocześnie zaprzestając słodką torturę.
- Na przykład co?- spytał, spokojniejszym głosem.
- Na przykład. To.- ugryzłam go delikatnie w ucho, posuwając swoje dłonie, w dół jego ciała. Zamruczał z zachwytu, zatrzymując moje ręce i delikatnie mnie od siebie odsuwając, gdyż właśnie przyszedł kelner z naszym zamówieniem. Rzucił w naszą stronę groźne spojrzenie i upomniał, żebyśmy zaprzestali nasze poczynania. W jednej sekundzie, podeszłam do niego i zahipnotyzowałam go, by nie wtrącał nosa w nie swoje sprawy.
Z chytrym uśmieszkiem na twarzy, zgarnęłam szampana ze stolika i pociągnęłam Matta w stronę publicznej toalety. O dziwo, chłopak nie protestował, tylko ochoczo za mną poszedł. Po otwarciu drzwi, do razu zostałam przyparta do ściany przez silne ciało blondyna. Przycisnął swoje wargi do moich, łapczywie je całując. Napierał na mnie coraz bardziej, nie widziałam jeszcze takiej dzikości w jego zachowaniu. Trochę mnie przeraził swoimi odważnymi ruchami, ale w końcu to był nadal mój słodki, dobry Matt. Odepchnęłam go lekko od siebie, podchodząc do umywalki i stawiając w niej szampana. Jednak mój luby, miał inne zamiary. Wziął alkohol i nie fatygując się odkorkowaniem go, rozerwał szyjkę butelki. W efekcie czego, nabuzowany szampan rozlewał mu się po palcach, mocząc podłogę i nas. Nasze rzeczy były mokre i lepkie, przez co przykleiły się do ciała.
- Matt.- zaśmiałam się głośno, spijając z butelki wylewający się złocisty płyn.- Mhmm.- subtelnie oblizałam usta.- Jest przepyszny.
- To ty jesteś przepyszna.- zamruczał prosto w moje rozchylone wargi. Zdarł ze mnie cienką bluzeczkę, rozlewając szampana po moim ciele i zlizując go ze mnie.
- Nasze ubrania…są…-szeptałam, niezrozumiale, gdyż nie mogłam się skupić na niczym przez jego wibrujący język krążący po moich unoszących się piersiach.- Jak, my stąd wyjdziemy?
- Już chcesz wychodzić?- ujął moją twarz w obie dłonie i spojrzał się na mnie z błyskiem w oku.
- Oczywiście, że nie!- niemal krzyknęłam.- Ja tylko… nieważne.- zaśmiałam się.- Teraz moja kolej.
Nim zdążył się zorientować, został przeze mnie przyciskany do ściany. Stanowczym ruchem, rozerwałam jego koszulę, jednocześnie polewając jego klatkę piersiową wytrawnym alkoholem. Zaczęłam swoją wędrówkę od jego szyi, aż po brzuch. Dokładnie scałowałam każdy fragment jego ciała, by nie pominąć żadnej kropelki. Kiedy znalazłam się na wysokości jego pięknej twarzy, zobaczyłam w jego oczach pożądanie. Przysunęłam się do niego bliżej, wpijając się w jego pełne i lekko spierzchnięte wargi. Rozkoszowałam się smakiem jego ust. Przejechałam lekko językiem po jego dolnej wardze, na co odpowiedział mi zamruczeniem. Przekręcił się ze mną, w efekcie czego, teraz ja zostałam dociskana do ściany. Podłożył ręce pod moje plecy i delikatnie mnie uniósł do góry. Bez namysłu, owinęłam swoje nogi  wokół jego bioder, by mieć go przy sobie jak najbliżej się dało. Moje ręce powędrowały na jego blond czuprynę, w którą wsunęłam palce, lekko go nimi ciągnąć za włoski. Wdarł się brutalnie językiem do środka, penetrując moją jamę ustną. Jęknęłam z zadowoleniem, przez co ścisnął mój tyłek.
- Jesteś taka piękna.- wymamrotał, głosem pełnym pożądania, gdy odpiął zapięcie od mojego stanika i uwolnił nabrzmiałe piersi.
Moje sutki stały się twarde pod jego sprawnymi i zręcznymi palcami, którymi je drażnił. Później, zaczął je ssać, aby rękoma ściągnąć ze mnie ostatnie skrawki materiału. Najpierw zdjął ze mnie króciutką spódniczkę, a potem do niej dołączyły koronkowe czarne majteczki. Kiedy chciałam, zsunąć wysokie szpilki ze stóp, zatrzymał mnie.
- Zostaw je.- zamruczał do mojego ucha.- Wyglądasz w nich bardzo seksownie.
- A teraz też wyglądam seksownie?- droczyłam się z nim. Popchnęłam go na podłogę, siadając na niego okrakiem.
- Teraz też.- wycharczał, ściskając ręce na moich pośladkach.
Powędrowałam ręką w dół jego ciała, szamotając się z paskiem od spodni. Po jakimś czasie, udało mi się je z niego zdjąć. Uśmiechnęłam się usatysfakcjonowana, gdy zobaczyłam jego erekcję. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, jaki był już podniecony. Bez namysłu, pozbyłam się jego bielizny, po czym usadowiłam się na nim, zaczynając się poruszać. Na początku robiłam to powoli, stopniowo zwiększając tempo. Ale mój partner miał inne plany i w wampirzym tempie przeniósł mnie, ponownie przyciskając do ściany i podtrzymując mnie w talii. Jego ruchy były mocne i stanowcze. Poczułam znajome mrowienie w moim podbrzuszu, kiedy wchodził we mnie do oporu. Matt przyśpieszył tempo, zaczynając składać gorące i żarliwe pocałunki na mojej szyi.  Po czym bez ostrzeżenia, obnażył kły i wbił je w moją jasną skórę. Syknęłam cicho, ale potem rozkoszowałam się tym doznaniem. Przybliżyłam swoją twarz do jego klatki piersiowej, w którą się wgryzłam. Piłam łapczywie jego krew. Dzielenie się krwią było dość osobistym i niesamowicie intymnym przeżyciem. Dlatego zaraz po tym jak oderwaliśmy krwiste wargi ze swoich ciał, doznaliśmy spełnienia. Rozpadałam się pod jego ciałem na tysiące malutkich kawałeczków. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio miałam taki długi i intensywny orgazm. Wampir zaraz po tym jak wlał we mnie ciepły płyn, zaczął głośno jęczeć, wypowiadając z miłością moje imię. Przyciągnęłam go mocno za kark, wpijając się w jego usta. Dziwnie było czuć swoją krew, ale w tym momencie nie obchodziło mnie to. Jak widać Mattowi również, ponieważ brutalniej napierał na moje wargi. Po jakimś czasie, oderwaliśmy się od siebie, nadal szybko dysząc.
- A nie mówiłem, że zamieniając się w wampira, wyjdzie nam to obojgu na dobre.- powiedział usatysfakcjonowany.
- Cieszę się, że tego nie żałujesz.- uśmiechnęłam się promiennie.
- Matt.- szepnęłam spanikowana.
- Co się stało?- spytał zatroskany.
- My…to zrobiliśmy?- wskazałam ręką na pomieszczenie. Ściany i podłoga lepiły się niemiłosiernie od szampana i naszej krwi. A kawałki szkła oraz nasze porozrywane ubrania, które nie nadawały się do użytku były dosłownie wszędzie.
- Hmm.- chłopak złapał się za głowę.- Myślę, że tak. Nikt tu nie wszedł, bo drzwi były zakluczone. Trochę nabroiliśmy, nie?- uśmiechnął się.
- Trochę?- zaśmiałam się głośno, a Matt poszedł za moim przykładem.
Po małym ogarnięciu i ubraniu się, to znaczy założeniu na siebie tego, co pozostało z rozdartych i mokrych ubrań, opuściliśmy toaletę i wybiegliśmy z kawiarni w wampirzym tempie. W ciągu kliku sekund znaleźliśmy się w hotelu. Pierwsze co zrobiliśmy, to udaliśmy się prosto pod prysznic, by zmyć tą dziwną mazię, powstałą z szampana i krwi, jaka była na naszych ciałach. Do tej kawiarni już raczej nie pójdziemy- pomyślałam uśmiechając się pod nosem.



*****

Katherine

Wystrój restauracji był urządzony bardzo elegancko, nowocześnie, a zarazem przytulnie. Choć to ostatnie słowo nie pasowało do sytuacji w jakiej się znalazłam. Byłam rozchwiana emocjonalnie. Z jednej strony mogłam czuć się zwycięsko i wykupić swoją wolność od Klausa, ale z drugiej bałam się, że mi nie uwierzy. Minuty leciały cholernie powoli, a ja nadal siedziałam sama, wyczekując Stefana i Klausa. Może nie powinnam wysługiwać się młodszym Salvatorem?- zmartwiłam się. On mi pomagał, a jeśli by przez to też miał ucierpieć. Nigdy bym sobie tego nie darowała. Próbowałam nie myśleć o tym w ten sposób, ale choć bardzo chciałam pokierować myśli na inny tor, nie mogłam. Co chwilę zerkałam na duży pozłacany zegar, który się znajdował po mojej prawej stronie. Spóźniali się już dobrą godzinę. Nie mogłam tak bezczynnie siedzieć i czekać. Musiałam coś z tym zrobić, tylko co? To był pomysł Stefana byśmy spotkali się w miejscu publicznym, by Klaus nie był w stanie zrobić żadnego widowiska. No tak, jakby kilka czy kilkanaście obcych nic nie znaczących dla niego ludzi miało mu w tym przeszkodzić?- prychnęłam w myślach. Po jakimś czasie, wstałam z krzesła i podeszłam do okna. Nie wiem jak długo tam stałam i ich wypatrywałam. Znudziło mi się już patrzenie na zegarek co 5 sekund, oraz wydzwanianie do Stefana i ciągłe nagrywanie mu się na sekretarce. Gdyby nie to, że tak bardzo mi na nim zależało, już dawno bym zwiała. Jak na złość zabronił mi się stąd ruszać, musiałam tylko na nich czekać. Miałam dylemat, zostać tu, czy pójść wprost w paszczę lwa? Las Vegas znałam jak własną kieszeń. A w jego domu już raz byłam, gdy ratowałam Damona. Nie zniosłabym widoku Stefana, jakbym go zobaczyłam w takim samym stanie, w jakim zastałam bruneta. Dokończyłam pić kolejną lampkę czerwonego, wytrawnego wina. Nie zauważyłam nawet, kiedy szkło rozprysło się w mojej dłoni na milion małych kawałeczków. Odłamki naczynia wbijały mi się w dłoń, która od razu przybrała brunatny kolor, a krew zaczęła kapać na podłogę. Cholerne, wampirze zdolności- zaklęłam w duchu. Nagle, poczułam na swojej szyi ciepły oddech, a w wielkim balkonowym oknie odbiła się twarz pierwotnego, jednak nie tego na którego czekałam. Odwróciłam się niepewnie w jego stronę, nie wiedząc czego mogłam się po nim spodziewać. Obleciał mnie strach a moje ciało pokryło się zimnym potem. Spojrzałam mu w oczy, jakby szukając w nich zrozumienia, współczucia i pomocy. Przyglądał mi się uważnie obserwując moją twarz. Wyciągnął dłoń w moją stronę, głaskając nią delikatnie po policzku. Zadrżałam, choć sama nie wiedziałam czym to było spowodowane. Jego dotyk zawsze był taki kojący, czuły. A mnie na samą myśl o nim, przypomniały się czasy, w których spotkaliśmy się po raz pierwszy. Od zawsze był tym lepszym, dobrym i honorowym bratem. W jego towarzystwie zawsze czułam się wyjątkowo i bezpiecznie. Jednak czasy się zmieniły, my się zmieniliśmy. Nie wiedziałam czego mogłabym się teraz po nim spodziewać. Nie wiedziałam co tu robił, po co przyszedł i jak mnie znalazł.
- Katerina.- powiedział z czułością. To jedno słowo sprawiło, że zakręciło mi się w głowie i ugięły się pode mną kolana. Jednak, szybko otrząsnęłam się z tego transu, strącając jego dłoń i przybierając maskę obojętności.
- Elijah.- warknęłam.- Czego ode mnie chcesz?
- Twoja ręka.- ujął moją dłoń w swoje i wyciągnął z niej odłamki szkła. Kompletnie zignorował moje pytanie, opatrując mi rękę? Przecież to było niedorzeczne.
- Ogłuchłeś?!- krzyknęłam zirytowana.- Spytałam się, czego ode mnie chcesz?
- Bardzo dobrze cię słyszałem, Katerino.- odparł spokojnym głosem.- Przyszedłem po ciebie.
- Co?- zdziwiłam się.- Ale jak to po mnie? Elijah bądź poważny i mów o co ci chodzi.
- Stefan Salvatore właśnie rozmawia z moim bratem. Choć nie wiem, czy mógłbym to nazwać rozmową. Słyszałem, że miał przyprowadzić Klausa do ciebie i ty miałaś dla niego ofertę. Ale jak wiesz, Niklaus jest dość nadpobudliwy i…
- Czy zrobił coś Stefanowi?- zmartwiłam się nie na żarty.
- Nie, powstrzymałem go i obiecałem, że jak znajdę ciebie to sama mu o wszystkim powiesz.- jak przystało na dżentelmena, wystawił ramię w moją stronę bym je ujęła. Spojrzałam się na niego niepewnie, ale po tym jak nie dostrzegłam w jego oczach kłamstwa. Wsunęłam drżącą dłoń pod jego ramię.
- Więc, chodźmy do nich.- syknęłam.
Opuściliśmy pomieszczenie i wyszliśmy na zewnątrz. Zimne powietrze owiało moją twarz i trochę się wzdrygnęłam. Ale nie było to spowodowane tylko zimnem, którego praktycznie nie odczuwałam, ale tym co zastanę w domu mojego wroga. Opatuliłam się szczelniej płaszczem i spojrzałam kątem oka na mojego towarzysza. Jak zawsze był nienagannie ubrany. Miał na sobie elegancki i cholernie drogi garnitur, białą koszulę i szary krawat. Jego włosy były idealnie ułożone, a twarz nadzwyczaj spokojna. Jednym słowem, Elijah w ogóle się nie zmienił, był taki sam jak dawniej. Elegant i dżentelmen.
- Czemu tak mi się przyglądasz?- spytał, nawet nie odwracając w moją stronę wzroku.
- Sprawdzam twoją prawdomówność.- oznajmiłam z lekko drżącym głosem.
- Czyżbym kiedyś cię okłamał, droga Katerino?- spytał z udawaną nonszalancją, otwierając mi drzwi od strony pasażera. 
- Dowcipny Elijah.- zaśmiałam się pod nosem.- Jakby ktoś mi o tym powiedział, to chyba bym mu nie uwierzyła.
- Widzę, że nadal masz słabość do braci Salvatore.- zmienił temat, prowadząc samochód z niezwykłą lekkością, jednocześnie łamiąc przepisy panujące na drodze.
- Tylko mi nie mów, że cię to dziwi.- odgryzałam się, patrząc przed siebie.
- Nic takiego nie powiedziałem.- rzekł.- Nie denerwuj się tak. Wiem, że boisz się o Stefana bardziej niż o samą siebie. Będę w pobliżu, obiecuję że nikomu nie stanie się krzywda.- położył delikatnie wolną dłoń na mojej, lekko ją pocierając jakby chciał mi dodać tym otuchy.
- Dlaczego chcesz mi pomóc?- spytałam niedowierzając jego dobrym intencjom.- Dałam ci nie jeden powód do tego byś mnie mógł znienawidzić, byś mógł to wykorzystać przeciwko mnie. A teraz jesteś dla mnie miły?
- Nie wszyscy tłumią w sobie nienawiść.- odparł spokojnie. -To wcale nam nie pomoże zabić naszych wrogów, tylko zabije nas samych powolną i bolesną śmiercią. Domyślam się, że tobie, Niklausowi czy komuś innemu mogą się wydawać moje argumenty irracjonalne, ale taka jest prawda.
Nie odpowiedziałam nic na jego uwagę. Nie widziałam takiej potrzeby, by zaczynać z nim konwersację. Wolałam pomilczeć i bardziej się skupić na tym, jak powiedzieć Klausowi to czego się dowiedziałam o jego nowym wrogu, czyli czarownicy z Nowego Orleanu. Miałam nadzieję, że jak pierwotny się na niej skupi, to mnie zostawi w spokoju. A wtedy będę mogła być ze Stefanem. Przez ten czas, gdy szukaliśmy na niego brudów i jego nowych wrogów, bardzo się do siebie zbliżyliśmy. O dziwo, nawet ze spokojem przyjął wiadomość o niedoszłym poświęceniu w rytuale świętobliwej Elenki. To dobrze dla mnie znaczyło, ponieważ ona już nie była dla niego najważniejsza. Może rzeczywiście mnie kochał, tak jak ja kochałam jego?

*****

Dojechaliśmy na miejsce, a moim ciałem wstrząsnęły nieprzyjemne ciarki. Zerknęłam na Elijah, który ponownie otworzył mi drzwi i posłał mi serdeczny uśmiech. Z niepokojem wysiadłam z jego samochodu, udając się do rezydencji. Te drzwi, okna, długi korytarz, ponura i śmierdząca piwnica. Zdecydowanie nie chciałam przechodzić przez to kolejny raz. Kiedy Mikaelson nacisnął na klamkę, w celu otwarcia drzwi, miałam ochotę rzucić się do ucieczki. Ale tylko przez sekundę tak pomyślałam, bo zaraz przypomniałam sobie o moim Stefanie, który siedział tam z mojej winy. Po przekroczeniu progu, ścisnęłam mocno dłonie, wbijając w nie paznokcie. Syknęłam cicho. To już drugi raz tego wieczoru, gdy krwawiłam i do tego sama sobie zadawałam niekontrolowanie ból. Elijah objął mnie delikatnie i szepnął mi na ucho „Będzie dobrze. Głowa do góry”. Troszkę się uspokoiłam, ale tylko troszkę. Przeszliśmy przez długi korytarz, docierając do salonu. Miałam nogi jak z waty, zdawało mi się jakby każdy krok jaki stawiałam był moim ostatnim. Każdy szmer, głos, wydawał mi się niebezpieczny. Ale gdy już weszliśmy do salonu, uniosłam dumnie podbródek do góry, powtarzając sobie, że nie mogę mu pokazać swojej słabości, muszę być silna. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam Stefana całego i zdrowego. Siedział w fotelu popijając szkocką, a obok niego siedział… Klaus. Rozmawiali jak starzy przyjaciele, co chwilę rzucając jakimiś anegdotkami. Odchrząknęłam, tym samym zwracając na siebie uwagę. Oboje odwrócili się w moją stronę, uśmiechając się i potem powrócili do rozmowy.
- Mówiłem, że tylko rozmawiali.- szepnął Elijah, o którym zapomniałam. Spojrzałam się na niego z wściekłością. Nastraszył mnie?
- Długo kazaliście na siebie czekać.- powiedziałam, podchodząc do nich.- A i tak się jeszcze nie zjawiliście, tylko przysłaliście po mnie Elijah.
- Witaj, Katerino.- rzekł Klaus tym swoim brytyjskim akcentem.- Może zechciałabyś się z nami napić?- zaproponował uprzejmie? Nie, chyba musiało mi się przewidzieć. Byłam w ukrytej kamerze? Klaus nigdy nie był dla mnie miły. O co tu do cholery chodziło?
- Stefan przedstawił ci ofertę jaką mam dla ciebie w zamian za moją wolność i Damona?- od razu przeszłam do konkretów, ignorując jego dobre maniery.
- Tak.- odparł.- Pamiętaj, manipulancka suko. Jeśli mnie okłamałaś, gorzko za to zapłacisz.- zbliżył się do mnie niebezpiecznie blisko. Zobaczyłam w jego oczach wściekłe iskry. A więc już nie był miły.- prychnęłam.
- Uciekałam przed tobą przez ponad 500 lat. Myślisz, że narażałabym się ponownie?- puściłam do niego oczko, wymijając go i nalewając sobie trunku.
- Zagrywka w stylu Katherine Pierce.- zaśmiał się cynicznie.- W takim razie, słucham co wiesz o tej całej Jane- Anne- Deveraux?
- Dowiedziałam się tylko tyle, że spiskuje przeciwko tobie. Nie znam szczegółów.- skwitowałam, biorąc spory łyk mocnego trunku.
- Kto był taki uczynny i ci o tym powiedział?- spytał, uważnie lustrując moją twarz.
- Mam swoje znajomości.- ucięłam, po czym dodałam.- Możemy już iść?- spytałam, patrząc znacząco na Stefana, który się nie odezwał ani słowem od mojego przybycia.
- Katherine.- w końcu przemówił Stefan.- Zawiadomiłabyś Damona, że już jest w porządku i by się nie martwił?
- A dlaczego sam tego nie zrobisz?- nie podobało mi się w jaki sposób do mnie mówił. Bał się? Obiecał coś Klausowi? Nie, przecież już raz to przerabiali. Nie pozwolę mu znowu go zniszczyć!
- Nie może. Nie wierzę ci Katerino i dlatego zabieram Stefana ze sobą.- odpowiedział pierwotny z niebezpiecznym błyskiem w oku.
- Ale przecież… Sam możesz to sprawdzić.- dukałam niezrozumiale.- Elijah, wierzysz mi, prawda? – szukałam u niego ratunku, a gdy nic nie odpowiedział dodałam głośniej.- Obiecałeś, że mi pomożesz! Nie stój jak taki kołek! Powiedz coś!
- Katerino, uspokój się.- podszedł do mnie pierwotny, przemawiając znowu spokojnym głosem.- Oczywiście, że ci wierzę. Pamiętam co obiecałem i obietnicy dotrzymam. Nie bój się, dla bezpieczeństwa i utrzymania porządku pojadę z nimi do Nowego Orleanu. Gdy dowiemy się całej prawdy, Stefan wróci. Masz na to moje słowo.
- Weź mnie zamiast Stefana.- zaoferowałam się, nie chciałam narazić życia młodszego Salvatora. Wszyscy spojrzeli się na mnie z niedowierzaniem, a Stefan chyba najbardziej. Złapał mnie za dłoń, lekko ją pocierając. Ten mały, czuły dotyk sprawił, że poczułam się lepiej, znacznie lepiej. Wiedziałam, że zależy mu na mnie tak samo jak mi na nim. Widziałam w jego oczach obawę, strach i…miłość.
- Wybacz, ale nie nadajesz się na kompana.- wzruszył beznamiętnie ramionami Klaus.- Także, ci podziękuję. Żegnaj, Katerino.
- Nie, nie!- krzyczałam, ale nikt nie chciał mnie słuchać. Po raz pierwszy nie umiałam znaleźć dobrych argumentów. Wszyscy trzej wstali jak na komendę i ruszyli w stronę drzwi, kompletnie mnie ignorując.
- Stefanie.- pobiegłam za nim i rzuciłam się w jego ramiona.- Przepraszam, że cię w to wciągnęłam.- załkałam.
- To nie twoja wina. Nie chodziło tylko o ciebie, ale też o Damona.- odparł, wycierając łzę z mojego policzka i ucałował mnie czule w czoło. Poczułam się strasznie. Byłam bezradna, nie mogłam nic z tym zrobić. Bałam się, że teraz nie uwolni się od Klausa, że już go więcej nie zobaczę.
- Wrócę najszybciej jak się da.- dodał, ujmując moją twarz w obie dłonie.- Dbaj o siebie i nie daj się zabić mojemu impulsywnemu bratu.- uśmiechnął się przyjaźnie, sama też się uśmiechnęłam. Choć w środku cierpiałam.

*****

Damon

Dzień jak co dzień, każdy wyglądał tak samo. Im więcej tkwiłem w takim stanie, tym coraz częściej się zastanawiałem co tu jeszcze robiłem. No, ale odpowiedź chyba była prosta, Elena. To dla niej wciąż siedziałem w tej małej mieścinie, którą zwą Mystic Falls. Dobrze, że posiadała chociaż jeden bar, w którym właśnie spędzałem swój kolejny nudny wieczór. Piłem jedną szklankę za drugą złocistego płynu, a i tak się nie napiłem na tyle by móc choć przez chwilę zapomnieć moje denne życie. Od wczoraj postanowiłem dać Elenie spokój. Jak będzie chciała, sama będzie wiedziała gdzie mnie znaleźć. Jak długo miałem się czuć winny za coś, czego nie zrobiłem? Nie należałem do osób, które by się płaszczyły i błagały o wybaczenie. Przeprosiłem, naprawdę szczerze przeprosiłem za zbagatelizowanie przestrogi. Także, na tym moja rola się skończyła. Poczekam na nią tak długo, jak będzie trzeba. Niespodziewanie, poczułem jak ktoś się przysiadł koło mnie. Jej francuskie perfumy wyczułbym na kilometr. Miała dziewczyna tupet, zjawiać się po tym co zrobiła.
- Wiedziałam, że cię tutaj znajdę.- powiedziała, wyrywając szklankę z mojej dłoni i opróżniając jej zawartość jednym haustem.
- Katherine.- burknąłem z odrazą w głosie.
- Też się cieszę, że cię widzę Damonie.- odparła niczym nie wzruszona, zamawiając następną kolejkę whiskey.
- Czego tu szukasz? Kołka w sercu?- spytałem z sarkazmem.
- Bardzo śmieszne.- warknęła.- Nie myśl, że zapomniałam o tym co mi ostatnio powiedziałeś. Teraz mam ważniejsze sprawy na głowie, niż dręczenie małej Elenki. Chyba znowu będziemy musieli połączyć swoje siły.
- Jakie my? I jakie musimy?- rzuciłem w jej stronę wściekłe spojrzenie. Ona naprawdę myślała, że po tym co usiłowała zrobić, pomogę jej w czymkolwiek.
- Spokojnie, zaraz ci wszystko wytłumaczę.- westchnęła, po czym zaczęła kontynuować.-Tyle się wydarzyło… Przez ostatnie kilka miesięcy moje życie się zmieniło, w pewien sposób ja się zmieniłam. Tak, wiem, że zaraz będziesz się ze mnie śmiał. Ale naprawdę, znalazłam to czego szukałam i niczego więcej nie potrzebuję. Jednak też niczego nie żałuję. Myślę, że najlepiej będzie jak to przedstawię ci w inny sposób. A w drodze do Nowego Orleanu opowiem ci ze szczegółami. Tak, więc mam dla ciebie jedną dobrą i jedną złą wiadomość. Od której zacząć?- spytała, wwiercając we mnie duże czekoladowe oczy.
- Znajdź sobie innego słuchacza. Ja się do tego nie nadaję.- wzruszyłem ramionami, nalewając sobie alkoholu.
- Damon!- krzyknęła.- Myślisz, że zawracałabym ci tym dupę, jakby to nie dotyczyło ciebie?
- Wybacz, ale nie chcę mieć już z tobą nic więcej do czynienia.- odparłem wypranym z emocji głosem.
- Okej, a więc powiem ci w skrócie. Klaus już więcej nie będzie nam dokuczał, a zamiast tego wziął Stefana na wycieczkę.- mówiąc ostatnie słowo, zrobiła w powietrzu palcami cudzysłów.
- A co ma z tym wspólnego mój brat?!- krzyknąłem, ściskając boleśnie jej ramię.- Wykorzystałaś go? Nie sądziłem, że jesteś do tego zdolna by się nim wysługiwać. I ty się zmieniłaś?- prychnąłem.- Mów wszystko!
- Naprawdę tego nie chciałam.- szepnęła, wyrywając się z mojego uścisku.- Stefan sam mnie znalazł i zaoferował, że pomoże mi i tobie. Robiłam wszystko co w mojej mocy, by go ocalić, ale nikt mnie nie chciał słuchać.- gdybym jej nie znał, to mógłbym przysiąc, że widziałem łzy w jej oczach, które silnie próbowała powstrzymać.
- Przez przypadek, dowiedzieliśmy się o pewnej czarownicy z Nowego Orleanu, która mu zagraża. Więc uznaliśmy, że ona będzie dla niego większym zmartwieniem, niż zemsta  na nas.- dodała.- Klaus nam uwierzył, a bynajmniej tak mi się wydawało do czasu, kiedy powiedział, by sprawdzić naszą prawdomówność, zabiera ze sobą Stefana. Myślisz, że specjalnie narażałabym życie twojego brata?
- Powiedz coś do cholery!- potrząsnęła mną.- Pakuj swój tyłek i jedźmy odbić Stefana. Sama nie dam rady…
- Uratuję go bez twojej pomocy.- odparłem nadzwyczaj spokojnym głosem.
- Nie dasz rady.- nalegała.- Pojedźmy razem.
Już miałem coś odpowiedzieć, gdy poczułem na sobie czyjś wzrok. Odwróciłem się i napotkałem Elenę siedzącą w kącie i przyglądającą mi się oskarżycielsko. Ciekawe ile usłyszała z naszej rozmowy. Katherine od razu zauważyła, gdzie podążył mój wzrok.
- Kłopoty w raju?- szepnęła.- Wiesz, to nawet dobrze się składa. Przynajmniej w drodze do Nowego Orleanu nie będziesz o niej myślał.
- Daj mi w końcu spokój!- wyrzuciłem z siebie. Wstałem ze stołka barowego i udałem się do wyjścia.