Aa i z tego miejsca, chciałam Wam powiedzieć, że do końca opowiadania zostały 4 rozdziały! Postanowiłam, że jak już zaczęłam, to skończę tą historię. Nie mam pomysłów co do dalszego rozwoju sytuacji, a obecna Delena w serialu wcale mi tego nie ułatwia... nie o takie DE walczyłam, ale to nie tutaj. Także, naprawdę mam mega wyzwanie w opisywaniu ich scen w taki sposób w jaki ja sama chciałabym ich widzieć. Dobra, pewnie Was zanudzam już, tak więc zapraszam do czytania! ;)
Damon
Przejeżdżając obok domu
Gilbertów, usłyszałem jej przeraźliwy płacz i krzyk, nie wiedziałem czego
mogłem się spodziewać. Moją uwagę przykuła ona, leżała na podłodze, zakrwawiona
i zapłakana. Podszedłem do niej i od razu ją przytuliłem, głaszcząc po włosach.
Jednak mnie odepchnęła z całej siły, powtarzając w kółko „Jeremy!” zanosząc się
coraz większym szlochem. Dopiero potem spostrzegłem go leżącego na ziemi, a
właściwie to jego część, bo głowa była wyrzucona kilka metrów dalej. Byłem w
szoku i na początku nie wiedziałem co się stało. Aż przypomniałem sobie Klausa
przestrogę i to jak ją zbagatelizowałem. On miał się zemścić na mnie, a nie na jej bracie! Byłem wściekły na
siebie i na swoją lekkomyślność. Ale co już się stało, to już się nie odstanie.
Po mimo szarpania i protestów Eleny, wziąłem ją na ręce i zabrałem do
samochodu. Posadziłem ją na siedzeniu i siłą wlałem w nią krew, którą miałem w
bagażniku. Gdy jej rany się zagoiły i jej drobna twarz nabrała kolorów,
zawiozłem ją do rezydencji. Kiedy dojechałem na miejsce, wysiadłem z samochodu
i otworzyłem drzwi od strony pasażera. Bez słowa wziąłem delikatnie jej
trzęsące się ciało i poszedłem z nią do domu. Posadziłem w fotelu i gdy
upewniłem się, że się stąd nie ruszy, wróciłem do jej domu po ciało Jeremiego.
Przez chwilę zastanawiałem się co mógłbym z nim zrobić. Wziąć tak po prostu i
zakopać w ziemi? A może położyć go w domu? Żadna z tych opcji nie była idealna,
ale nie mogłem go przecież zostawić na zewnątrz. W wampirzym tempie,
pozbierałem jego ciało i zaniosłem do jego pokoju. Położyłem go na łóżku i
przykryłem kołdrą. Chodziłem nerwowo po jego pokoju, trzymając się za głowę. Co
teraz będzie? Co z Eleną? Czy wybaczy mi, że przyczyniłem się do śmierci jej
brata? Zadręczałem się pytaniami, na które nie znałem odpowiedzi. Przez cały
czas miałem przed oczami ten drastyczny obraz. Nigdy wcześniej nie widziałem
jej w takim stanie. Nie wiedząc co jeszcze mógłbym zrobić, wyciągnąłem telefon
i wykręciłem numer do Caroline. Patrzyłem się na komórkę, wahając się czy
nacisnąć zieloną słuchawkę. Mimo tego, że była czasami głupią blondynką, kiedy
trzeba było miała głowę na karku i wiedziała co zrobić w takiej sytuacji. Raz
kozie śmierć- pomyślałem i po naciśnięciu guzika, przystawiłem telefon do ucha,
czekając na połączenie. Sygnały wydawały mi się strasznie długie. W końcu
odebrała po jakimś czasie.
- Damon?- spytała się niepewnie.
W tle było słychać głośną muzykę, co było do niej podobne. Od zawsze lubiła
imprezy.
- Blondie, to ważne. Przyjedź jak
najszybciej do domu Eleny.- powiedziałem na jednym wydechu.
- Co? Salvatore, nie słyszę cię.
Poczekaj, wyjdę na zewnątrz.- przekrzykiwała muzykę.- Dobra, mów! Ale szybko,
bo tak jakby jestem zajęta.- rzekła zirytowanym głosem.
- Rusz swój seksowny tyłeczek i
bądź w domu Eleny za 5 minut.- odparłem głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- A może powiesz mi najpierw o co
chodzi.- burknęła, wyraźnie wkurzona, że jej przerwałem zabawę.
- To tak w skrócie. Był Klaus,
zabił Jeremiego, a Elena się nie odzywa i jest w moim domu.- wyjaśniłem.
- Halo, Barbie jesteś tam?-
spytałem, gdyż nie usłyszałem od niej żadnej odpowiedzi od kilku minut. – Wiem,
jesteś w szoku, ale może byłabyś taka miła i przyjechała?- mówiłem do aparatu podirytowanym głosem.
Nagle, zostałem brutalnie
przyciśnięty do ściany. Jakieś drobne i delikatne dłonie dusiły mnie za szyję.
Rozpoznałem właściciela, a właściwie właścicielkę, jej słodkie perfumy
wyczułbym na kilometr.
- Ty skurwysynie!- krzyknęła,
uderzając moją głową o ścianę.- To wszystko twoja wina! Przez ciebie Elena
straciła ostatniego członka rodziny!
- Cieszę się, że tak szybko się
zjawiłaś.- powiedziałem, odpychając ją od siebie. Gdy wybuchła głośnym płaczem,
złapałem ją za ramiona i niepewnie przytuliłem do siebie. Na początku okładała
mój tors piąstkami, ale potem się poddała i wtuliła mocno we mnie, pociągając
nosem.
- Jesteś potworem! Ona nigdy ci
tego nie wybaczy.- wyrwała się z moich objęć, patrząc na mnie oskarżycielskim
wzrokiem.- Po co do mnie zadzwoniłeś? Oczekiwałeś rozgrzeszenia? Pocieszenia?
- Nie wiedziałem do kogo mógłbym
zadzwonić.- odparłem, spuszczając wzrok. Blondie miała racje, ona mi tego nie
wybaczy, to już był koniec. Wszystko schrzaniłem, zresztą tak jak zawsze.-
Elena by pewnie chciała normalny pogrzeb, więc może zajęłabyś się tym? Ja
się na tym zupełnie nie znam.
- Trzeba będzie zahipnotyzować
księdza i grabarzy. Zająć się stypą i co najważniejsze Eleną. A co z nią? Gdzie
ona jest?- dopytywała się.
- Zawiozłem ją do rezydencji. Nie
chciałem, żeby oglądała swojego brata w takim stanie.- mówiąc to, kierowałem
swoje kroki w stronę wyjścia.
- A ty dokąd? Zostawiasz mnie
samą z nim?- złapała mnie za rękaw, wwiercając we mnie swoje przerażone oczy.
- Jesteś wampirem, złotko i boisz
się trupa?- prychnąłem.- Czyń swoją powinność i puść mnie. Mam ważniejsze
sprawy na głowie.
- Cham!- usłyszałem za mną, a
oprócz tego lamentowania i przekleństwa rzucone na moją osobę. Nie przejmowałem się tym,
tylko ruszyłem szybko w kierunku domu.
Gdy znalazłem się w salonie,
zobaczyłem Elenę w tej samej pozycji, w jakiej ją zostawiłem. Nie ruszyła się
nawet o milimetr. Spojrzałem na nią ze współczuciem, na jej skulone, drżące
ciało i pusty wzrok. Podszedłem do niej niepewnym krokiem i złapałem ją za
rękę, ale nie zareagowała. Nawet nie wyczuła mojej obecności. Nie mogłem na nią
patrzeć jak tak cierpiała, jak cierpiała przeze mnie.
- Byłem głupi, nie myślałem.
Miałaś rację, ostrzegałaś mnie, a ja nic z tym nie zrobiłem. Tak bardzo mi
przykro.- wyznałem skruszony. - Elena, powiedz coś, cokolwiek.- szepnąłem,
siadając obok niej i głaszcząc po plecach.
- Zostaw mnie.- szepnęła, drżącym
głosem.- Zostaw mnie samą.
- Nie mogę.- objąłem ją
ramieniem, mocno przytulając do siebie.- Jeśli ci to w jakiś sposób pomoże,
możesz się na mnie wyżyć. Wyzwij mnie, uderz, zrób co chcesz.- powiedziałem po
chwili.
- A czy to przywróci życie mojemu
bratu?!- krzyknęła, wstając energicznie z kanapy.
- Nie.- spuściłem głowę na dół,
nie wiedząc jak się mam zachować. Nigdy nie znalazłem się w takiej sytuacji.
Jakby to chodziło o kogoś innego, olałbym to i poszedł się napić, ale nie
mogłem. Musiałem jej pomóc, tylko nie wiedziałem jak. Byłem bezradny.
- Co zrobiłeś?- szepnęła,
spoglądając na swoje dłonie.- Co zrobiłeś z moim bratem?
- Zaniosłem do domu i zadzwoniłem
po Caroline.- odparłem.
- Po Caroline?- spojrzała na mnie
ze zdziwieniem.- Po co?
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdyż
usłyszałem blondynkę wchodzącą do mojego domu. Od razu podbiegła do Eleny,
przytulając ją do siebie i uspokajając. Tkwiły w tym uścisku przez jakiś czas.
- Ona idzie ze mną.- oznajmiła
twardo Blondie.- Jej noga nie postanie w tym domu, już nigdy więcej! Chodź,
kochanie.- wzięła brunetkę pod rękę i udała się z nią do wyjścia.
- Nie będziesz za nią decydować!-
zmaterializowałem się przed nimi, rzucając w stronę blondynki wściekłe
spojrzenie.- Elena, porozmawiajmy, pozwól mi się wytłumaczyć.
- Już za późno, Damon.- szepnęła,
pociągając nosem i ciągnąc Caroline ze sobą.
*****
Katherine
- Dziękuję słodziutki za
podwiezienie.- nachyliłam się do taksówkarza, puszczając mu oczko. Widziałam
jak brunet się speszył i zauważyłam kropelkę potu na jego czole. Uśmiechnęłam
się z satysfakcją. Uwielbiałam gdy tak działałam na facetów.
- Cała przyjemność po mojej
stronie, panienko Pierce.- odparł uważnie mnie lustrując.
- A teraz kochaniutki odjedziesz
stąd i zapomnisz o mnie.- powiedziałam używając hipnozy.
Zrobił to o co go poprosiłam i
pojechał z piskiem opon. Wzięłam swoje bagaże i pokierowałam swoje kroki w
stronę hotelu. Nowy Jork, to miasto o jakim marzyłam od dawna. Miałam nadzieję,
że nikt mnie tu nie znajdzie i będę mogła w spokoju pozwiedzać i wyrywać jakieś
seksowne i smakowite kąski. Zameldowałam się w hotelu na czas nieokreślony.
Nigdy nie wiadomo kiedy mi się znudzi- pomyślałam. Weszłam do windy i wcisnęłam
guzik z numerem 9. Ostatnie piętro, idealnie. Z niego najlepiej widać piękne
widoki. Kiedy już znalazłam się w pokoju, postawiłam walizki i udałam się do
łazienki. Kąpiel, długa, gorąca i odprężająca, tego mi było trzeba. Jednak, gdy
tylko chciałam złapać za klamkę, poczułam czyjeś towarzystwo. Odwróciłam się
energicznie i szukałam intruza. Przechytrzył mnie i powalił na ziemię, złapał
mocno za ręce, przyciskając mnie twarzą do podłogi. To już mi się nie podobało.
Próbowałam się wyrwać, ale na moje nieszczęście był ode mnie silniejszy.
- Spokojnie, nie ruszaj się, to
nie zrobię ci krzywdy.- wyszeptał mi do ucha. Wszędzie bym rozpoznała jego
głos. Na mojej twarzy wtargnął uśmiech. Od tej strony nie znałam młodszego
Salvatora.
- Mmm.- zamruczałam.- Stałeś się
szybki, silny, seksowny.
- Katherine, przestań.- ścisnął
moje ręce. Był na mnie wściekły? Czyżby to miało znowu związek z Elenką? Miałam
już jej serdecznie dosyć!- Musimy pogadać.
- Wiesz, bardzo chętnie, ale
jestem w trochę niewygodnej pozycji.- zaśmiałam się perliście.
- Wybacz.- odparł zażenowany, po
czym mnie puścił i wstał ze mnie. Podał mi rękę, pomagając mi wstać z podłogi.
- No proszę. Nie poznaję cię,
najpierw brutalnie mnie przywitałeś, a teraz udajesz dżentelmena?- posłałam mu
szelmowski uśmiech.
- Nie mam zbyt wiele czasu, więc
przejdę do konkretów.- rzekł stanowczym głosem, chodząc nerwowo po pokoju.
- Może usiądziesz? Napijesz się
ze mną wina?- zaproponowałam, podchodząc do barku.
- Nie przyszedłem w odwiedziny.-
burknął.- Nie po to cię szukałem, żeby teraz jak gdyby nigdy nic usiąść z tobą
i normalnie rozmawiać.
- Jak chcesz, ja sobie naleję.-
przeszłam obok niego, przejeżdżając palcem po jego klatce piersiowej. Widziałam
jak wciągnął powietrze. – Jaki rocznik według ciebie jest najlepszy?- spytałam,
gdy już znalazłam się przy barku.
- Czy ty jesteś głucha?!-
krzyknął.- Nie chcę z tobą pić!
- Skąd te nerwy?- uniosłam brew
do góry, uśmiechając się do niego.- Zapytałam tylko o wino. Wiesz, że ja się
nigdy na tym nie znałam. Więc? Jaki mi polecisz?
- Weź ’89.- odparł spokojnym
głosem i spoczął na łóżku.
- Dobrze, to teraz powiedz, co ci
leży na sercu.- postawiłam dwie lampki napełnione winem na stoliczku, który
znajdywał się koło łóżka.
- Dla kogo ten drugi?- spojrzał
się na mnie ze zdziwieniem.
- Dla ciebie, głupcze.-
uśmiechnęłam się pod nosem. Stefan był taki słodki i niewinny. Zupełnie inny
niż jego brat. Dlatego go tak uwielbiałam i lubiłam spędzać z nim czas.
- Przecież mówiłem, że…a dobra,
mniejsza o to.- machnął ręką i opróżnił zawartość lampki wina jednym haustem.
- Ho ho, w takim tempie to nam
zabraknie alkoholu.- zaszczebiotałam, zakładając nogę na nogę, odsłaniając przy
tym większą część uda.- Dolać?
- Nie wiem jak mam ci to
powiedzieć.- złapał się za głowę, jakby coś go gryzło.
- Już dobrze.- przybliżyłam się
do niego i położyłam rękę na jego ramieniu. W tym momencie zrobiło mi się go
bardzo szkoda.- Mi możesz powiedzieć wszystko.
- Chodzi o mojego brata.-
spojrzał się na mnie, jakbym była jego ostatnią deską ratunku.
- Co ten idiota znowu zrobił? W
jakie tym razem wpakował się kłopoty?- byłam już znudzona jego problemami.
Starszy Salvatore od zawsze był porywczy i najpierw coś zrobił zanim pomyślał,
przez co siedział po uszy w jakimś gównie.
- To dotyczy również ciebie,
Katherine.- rzekł, lustrując moją twarz.- Klaus, on chce się na was zemścić. Na
tobie i na Damonie.
- Pięknie.- zakpiłam.- Nie dość,
że mu pomogłam, to teraz będę musiała się użerać z tą pierdoloną hybrydą!-
wstałam z łóżka, chodząc po pokoju z wymalowaną wściekłością na twarzy.-
Przyszedłeś mnie ostrzec? A może chcesz mnie zaprowadzić prosto w łapy Klausa?!
- Damon to mój brat.- wyjaśnił,
jakby to miało być jakieś wytłumaczenie.- Ale ty też jesteś dla mnie ważna,
Katherine.- podszedł do mnie, łapiąc mnie za dłonie i patrząc głęboko w
moje oczy.
- To co zamierzasz zrobić?-
spytałam cicho.
- Nie wiem, ale na pewno coś
wymyślę.- oznajmił ze szczerością w głosie.- Wymyślimy.- poprawił się,
wyczekując ode mnie logicznego rozwiązania z tej popieprzonej sytuacji.
- Ile mamy czasu?- zapytałam.
- Klaus odwiedził Damona kilka
dni temu i mu groził, więc niewiele.- odparł ze smutkiem w głosie.- Nie chcę go
stracić i nie chcę stracić również ciebie.
- Nie martw się, Stefan.-
uspokoiłam go, głaskając po policzku.- Katherine Pierce nie poddaje się tak
łatwo. Znajdę coś na niego. Nikogo nie stracisz.
Wtedy stało się coś, czego bym
się w życiu po nim nie spodziewała. Przytulił się do mnie, mocno a zarazem
stanowczo obejmując mnie w pasie. Wtulił się we mnie jak mały, zagubiony
chłopczyk. Odwzajemniłam jego uścisk, czując rozlewające się ciepło w moim
ciele. On się o mnie martwił. Nie chciał mnie stracić. Nie miałam już
wątpliwości, którego z braci Salvatore kochałam najbardziej, o którego powinnam
walczyć i zrobić wszystko co w mojej mocy by z nim być.
*****
Elena
Właśnie dziś przeżyłam najgorszy
dzień swojego życia. Był pogrzeb mojego brata. Wszystkie wspomnienia związane z
nim uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Cholerne wampirze emocje- przeklęłam w
duchu. Byłam wdzięczna moim przyjaciołom, że się wszystkim zajęli, gdyż ja nie
byłam w stanie. Nadal miałam podpuchnięte i czerwone oczy od płaczu. Siedziałam
na kanapie w domu Bonnie, pijąc gorące kakao. Przyjaciółka zawsze powtarzała,
że mleczny napój był dobry na wszystko. Więc dlaczego nie zastąpił pustki w
moim sercu? Dlaczego nie chciało przestać krwawić? W tym momencie brakowało mi
nie tylko mojego brata, ale również i Damona. Tak bardzo chciałam się znaleźć w
jego silnych i dających mi bezpieczeństwo ramionach. Jednak przez cały czas
dudniły mi w uszach słowa moich bliskich, że to przez niego tak się stało i to
on był wszystkiemu winien. Poniekąd mieli racje, ale przecież nie zrobił tego
specjalnie, prawda? Jaka ja byłam głupia!- karciłam się w myślach. Nadal go
broniłam, usprawiedliwiałam jego czyny. Zastanawiałam się czemu do mnie nie
podszedł na cmentarzu. Stał jak zwykle ubrany na czarno i przyglądał mi się z
daleka z przepraszającym wzrokiem. Jego obecność dodawała mi otuchy, cieszyłam
się, że pofatygował się przyjściem. Chociaż wolałabym, żeby stał obok mnie.
- Potrzebujesz czegoś jeszcze?-
nagle usłyszałam zatroskany głos mulatki, która usiadła obok mnie.
- Nie, dziękuję.- zaprzeczyłam.
- Może chcesz o tym pogadać? Będzie
ci łatwiej.- powiedziała, łapiąc mnie za rękę.
- A tobie będzie łatwiej?
Kochałaś go, tak samo jak ja.- rzekłam, czując napływające do moich oczu łzy,
którym dałam upust.- Przepraszam, pójdę się położyć.
- Elena…- odprowadziła mnie
wzrokiem do pokoju gościnnego w którym spałam. Nie mogłam wrócić do mojego
rodzinnego domu, nie dałabym sobie tam sama rady, nie po tym co się stało.
Wszyscy moi domownicy nie żyli. Nienawidziłam tego domu, nienawidziłam tej
miejscowości!
Po odprężającym prysznicu, przebrałam
się w piżamę i wskoczyłam pod mięciutką i ciepłą kołdrę. Otuliłam się nią,
rozmyślając o moim bracie, o tym że już nigdy więcej go nie zobaczę, nie
usłyszę jego głosu. Jakie to życie było niesprawiedliwe, dlaczego odebrało mi
ostatniego członka mojej rodziny? Załkałam cicho, połykając słone i duże łzy.
Moja przyjaciółka już spała, więc nie chciałam jej obudzić moimi wybuchami. Po
dłużących się w nieskończoność minutach, a może godzinach w końcu zamknęłam
ociężałe powieki i zasnęłam.
Przebudził mnie cichy szelest,
ktoś był w moim pokoju. Moje serce łomotało jak oszalałe. Zamknęłam mocniej
powieki zacisnęłam palce na krawędzi
kołdry. Czułam jak nieznajomy przysiadł na łóżku i przyglądał mi się przez
jakiś czas. Nie zareagowałam, tylko cierpliwie czekałam na kolejny jego ruch.
Myślałam, że miałam do czynienia z mordercą. Ale ku mojemu zdziwieniu, obszedł
w koło łóżko, podniósł kołdrę i wszedł pod nią, szczelnie obejmując mnie
ramionami. Otworzyłam powoli powieki nic z tego nie rozumiejąc. Dopiero po chwili
poznałam znajomy zapach wody kolońskiej i tak dobrze mi znany, przyjemny dotyk.
Nie mogłam w to uwierzyć, że tu był. Z mojego oka popłynęła jedna łza, ale nie
ze smutku, tylko ze szczęścia. Przejechałam opuszkami palców po jego dłoni,
ciesząc się z jego obecności.
- Co tu robisz?- spytałam
szeptem.
- Śpię z moją dziewczyną.- odparł
z uśmiechem. Mimo panującego mroku i tego, że byłam odwrócona do niego plecami,
niemal wyczułam na jego ustach uśmiech.
- To jest dom
Bonnie.-stwierdziłam.- Nie powinno cię tu być.
- Obiecuję, że będę cichutko i
zniknę o świcie. Nawet mnie nie zauważy.- wtulił twarz w moje włosy, mocniej
się do mnie przytulając.
- Widziałem jak płakałaś i
drżałaś. Miałaś niespokojny sen.- powiedział po chwili ciszy.- Pomyślałem, że
potrzebujesz wsparcia i dlatego zakradłem się do domu wiedźmy.- wciągnął głośno
powietrze, po czym dodał.- A po za tym, strasznie za tobą tęskniłem.
- Ja za tobą też.- wyznałam
szczerze, odwracając się w jego stronę. Spojrzałam na jego twarz i wyraźnie
zauważyłam w jego oczach pustkę, taką samą jaka była w moich.
- Nawaliłem i choć bardzo
chciałbym cofnąć czas. To wiem, że i tak nie dam rady, i nie przywrócę życia
twojemu bratu.- powiedział ze smutkiem w głosie.- Ale chcę, żebyś wiedziała jak
bardzo jest mi przykro. Przepraszam.
- Zostałam sama.- rzekłam cicho.
- Nie jesteś sama.- zaprzeczył,
całując mnie delikatnie w czoło.- Zawsze będę przy tobie.
- Zrobisz coś dla mnie?-
spytałam, celowo ignorując kolejny raz jego wypowiedź. Nie miałam teraz ochoty
na rozmowę, a tym bardziej na kłótnie.
- Wszystko, co tylko zechcesz.-
szepnął mi do ucha, głaszcząc po plecach.
- Pójdź do mojego domu, spakuj
moje rzeczy i przynieś je tutaj. Nie mogę przez cały czas chodzić w ubraniach
przyjaciółki, a dla mnie jest jeszcze za szybko, żebym mogła zrobić to sama. Za
dużo bolesnych wspomnień kojarzy mi się z tym domem.- oznajmiłam, starając się
nie wybuchnąć płaczem.
- Dobrze, zrobię to z samego
rana, ale wolałbym, żeby twoje rzeczy znalazły się w moim domu.- powiedział z
nutką nadziei.
- Nie, idź teraz.- odepchnęłam go
lekko od siebie.- Damon, nie wrócę do ciebie, nie teraz.
- Elena, ale…- usłyszałam zawód w
jego głosie.
- Idź już, proszę.- szepnęłam
błagalnie, odtrącając jego dłonie, które silnie próbowały mnie do niego
przyciągnąć. Walczyłam sama ze sobą. Tak naprawdę nie chciałam, żeby odchodził,
ale musiałam tak zrobić. Tak było słusznie.
- Pozwól mi zostać.- szepnął,
uważnie lustrując moją twarz.- Potrzebujesz mnie tak samo, jak ja potrzebuję
ciebie. Jesteśmy dla siebie stworzeni.
- Nie utrudniaj tego.- wstałam
energicznie z łóżka, otwierając okno na oścież i patrząc na niego z bólem
serca.
- Nie poddam się tak łatwo.-
odparł stanowczym głosem, zakładając na siebie kurtkę.
Zanim wyszedł, zerknął jeszcze na
mnie, po czym w ciągu sekundy zmaterializował się przede mną. Przyciągnął mnie
do siebie, łącząc nasze usta w pocałunku, którego nie próbował pogłębiać.
Musnął je tylko kilkakrotnie. Niepewnie zarzuciłam ręce na jego szyję,
wczepiając palce w kruczoczarne włosy. Od razu poczułam jego ręce błądzące po
moich plecach. Dotykał mnie łapczywie, łaknąc mojego ciała i trzymając mnie
pewnie. Zamruczałam cicho z zachwytu, gdy przejechał językiem po mojej dolnej
wardze. Otworzyłam lekko usta, tym samym wpuszczając go do środka. Nie musiałam
długo czekać na jego reakcje. Nasze języki zaczęły tańczyć ze sobą. Miał racje,
bardzo go potrzebowałam, bardziej niż mogłam sobie to wyobrazić. Zatraciłam się
bez reszty w tym mężczyźnie. Po pewnym czasie, skończył mnie całować, a na jego
twarz wtargnął prawdziwy uśmiech. Ciężko dysząc, oparł swoje czoło o moje,
dotykając nosem o mój nos.
- Dobranoc, Eleno.- szepnął,
głaszcząc mój policzek i zniknął.
*****
Caroline
- Matt, powtarzam ci po raz enty,
że to nie czas i miejsce, żebym mogła cię przemienić.- powiedziałam zirytowana.
- A kiedy będzie?- spytał,
rzucając talerzem, który pękł na milion małych kawałeczków.
- Daj, posprzątam to.- kucnęłam
przy nim, zabierając od niego ostre kawałki, które już zdążyły pozostawić na
jego dłoniach krwawe ślady. Z całej siły starałam się, żeby moja twarz
pozostała normalna. Wzięłam kilka głębokich oddechów i podziałało. Nie miałam
ochoty się na niego rzucić. Wstałam więc, przyniosłam apteczkę i delikatnie
opatrzyłam jego dłoń.
- Udało mi się!- rzekłam z
satysfakcją, przyklejając na zranienia plaster.
- Caroline, no jasne, że tak.
Przecież ty byś nigdy nie zrobiła mi krzywdy.- pogłaskał mnie czule po
policzku, patrząc na mnie z miłością.- Ja w ciebie zawsze wierzyłem.
- Teraz, ja też w siebie wierzę.-
odparłam radośnie.- Gotowe!- klasnęłam w dłonie.- Do wesela się zagoi.
- Do czyjego?- spytał, unosząc
brew do góry.
- Czy mam to rozumieć jako
oświadczyny?- spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- Wiem, że to dziwnie by
wyglądało, ale tak sobie pomyślałem…a zresztą nieważne.- odparł zmieszany,
wyrzucając resztki stłuczonego talerza do kosza.
- Matt, niepotrzebny nam jest
jakiś świstek papieru.- złapałam go za rękę, odwracając w swoją stronę.- Jednak, jeśli moje
zapewnienie o miłości do ciebie ci nie wystarczy, to…
- Care, nie musisz nic mówić.-
musnął moje usta swoimi.- Zapomnij o tym.
- Wiesz, kiedyś jak byłam
człowiekiem chciałam i to nawet bardzo stanąć na ślubnym kobiercu. Ale teraz
jestem wampirem i już nie czuję takiej potrzeby.- oznajmiłam szczerze.
- Wiem, wygłupiłem się i tyle.- wyminął
mnie, otwierając lodówkę i wyciągając z niej piwo.- Chcesz?- spytał, pokazując
na alkohol.
- Nie.- zaprzeczyłam głową.-
Zadzwonię do Eleny, zobaczę jak się trzyma.- odparłam, udając się do salonu.
- A może razem do niej
pójdziemy?- zaproponował.- Jeremy był naszym przyjacielem. Pewnie ciężko jest
jej pozbierać się po tym wszystkim.- dodał ze smutkiem.
- Jasne.- posłałam mu blady
uśmiech.- Tylko wezmę torebkę.
- A na co ci torebka? Przecież
dom Bonnie znajduje się kilka przecznic stąd.- powiedział z rozbawieniem.
Wzruszyłam tylko ramionami i
przed wyjściem przejrzałam się w lustrze. Faceci, nigdy tego nie zrozumieją-
pomyślałam, śmiejąc się pod nosem. Mój chłopak złapał mnie pod rękę i razem
wyszli na zewnątrz. Drogę do domu mojej przyjaciółki przeszliśmy w milczeniu.
Dlatego też tak mi się dłużyło i wydawało jakbyśmy szli całą wieczność. Kiedy
znaleźliśmy się na miejscu, drzwi nam otworzyła mulatka z obojętną miną.
Wpuściła nas do środka, przyklejając na twarz sztuczny, zbolały uśmiech. Nie
dziwiłam jej się, w końcu straciła miłość swojego życia, a Elena brata. Chociaż
mi, czy Mattowi też było ciężko się z tym pogodzić, to jednak nie przeżywaliśmy
tego tak jak one. Swoje kroki pokierowałam do salonu, gdzie zastałam siedzącą
na fotelu Eleną i patrzącą się w jakiś punkt na ścianie. Nawet się na mnie nie
spojrzała. Może mnie nie usłyszała? A może po prostu nie miała ochoty na
wizytę?
Przykucnęłam obok niej, kładąc
swoją dłoń na jej.
- Kiedyś ból minie.- powiedziałam
dodając jej otuchy.
- Może tak, a może nie.- szepnęła
ze smutkiem.
- Trzeba być dobrej myśli.-
spojrzałam się na nią radośnie.
- Care, jesteś moją przyjaciółką,
prawda?- zrobiłam zdziwioną minę, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dałam jej
powód, by myślała inaczej. Jednak odepchnęłam je od siebie, przytakując głową i
posyłając jej ciepły uśmiech.- Mam do ciebie prośbę.- odezwała się, patrząc na
mnie błagalnie.- Mogłabyś pójść do Damona i wziąć od niego moje rzeczy?-
spytała się z nadzieją.
- Co?- swoją prośbą, zbiła mnie z
pantałyku.- Ale…- próbowałam się wymigać, jednak gdy się na nią spojrzałam, nie
byłam w stanie jej odmówić i się zgodziłam.- No dobrze. Tylko zajmij czymś
Matta, nie będzie zadowolony kiedy się dowie, gdzie poszłam.
- Dziękuję.- odparła z ulgą i
wdzięcznością.- Wiesz, że cię kocham.
- Ja ciebie też.- przytuliłam ją
i wymknęłam się tylnymi drzwiami.
Bezszelestnie weszłam do
rezydencji Salvatorów. Bez namysłu, udałam się na górę, zastanawiając w którym
pokoju może trzymać jej ubrania. Hmm, z racji tego, że byli/są parą, to pewnie
w jego własnym- pomyślałam. Po cichu skręciłam w lewo, gdzie znajdowała się
sypialnia Damona. Najpierw nadsłuchiwałam, czy nie było go w pobliżu, a gdy nie
wyczułam jego obecności, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. W pokoju
panowały egipskie ciemności, wszystkie meble, zasłona, a nawet pościel były w
kolorze czarnym. O, Boże- zapisnęłam cicho z przerażenia. To wyglądało jak w
jakimś horrorze. Jeszcze brakowało tu święcących kościotrupów i trumien-
zakpiłam. Ale oprócz przewyższającego ciemnego koloru, poczułam pięknie
pachnące perfumy, które leżały na szafce koło łóżka. Nogi same poniosły mnie w
ich stronę i nie wiedząc czemu, wzięłam je do ręki, i po otwarciu fiolki,
wciągnęłam cudowny zapach, który uderzył w moje nozdrza. Otrząsnęłam się z tego
transu, gdy usłyszałam zamykające się drzwi na dole. O, cholera- zaczęłam
panikować. Odłożyłam perfumy na miejsce i już miałam wyskoczyć przez okno,
kiedy przypomniało mi się po co tu przyszłam. Zanim zdążyłam się gdzieś
schować, zobaczyłam go stojącego jak gdyby nigdy nic w pokoju. Przyglądał mi
się ze zdziwieniem.
- Co tu robisz?- spytałam, a
zaraz potem zdałam sobie z tego sprawę jak idiotycznie to zabrzmiało.
- O to samo mógłbym spytać ciebie.- odparł z sarkazmem.- A więc, co Caroline Forbes robi w mojej sypialni?
- Bo ja…- nagle zabrakło mi
języka w gębie, ale się ogarnęłam i powiedziałam na jednym wydechu.- Dobrze się
składa, że przyszedłeś. Przynajmniej nie będę musiała grzebać ci w szafach. Kto
wie, co tam w nich chowasz.
- A to czemu chciałaś mi grzebać
w szafach?- podszedł do mnie blisko, lustrując mnie od góry do dołu.
- Śmierdzisz.- stwierdziłam z
obrzydzeniem.- Jedzie od ciebie jak z gorzelni.- zmarszczyłam nos i odsunęłam
się od niego.
- Nie dość, że wkradasz się do
mojego domu, to jeszcze masz czelność mnie obrażać!- warknął zirytowany.
- Oddaj ubrania Eleny i już mnie
nie ma!- krzyknęłam.
- Nie!- zaprzeczył twardo.- A ty,
tylko spróbuj coś ruszyć w tym pokoju, to ci wyrwę twoją śliczną rączkę!
- Serio?- spojrzałam na niego
odważnie.- Chcesz skrzywdzić kolejną bliską osobę Eleny? Proszę bardzo!
Zobaczymy, czy wtedy tak szybko ci wybaczy.
- Spierdalaj stąd, Blondie i nie
pokazuj mi się więcej na oczy!- wykrzyczał mi w twarz, rzucając we mnie
niebezpieczne i wściekłe spojrzenie. Odsunęłam się jeszcze bardziej od niego,
ale napotkałam za sobą ścianę. Na moim ciele pojawiła się gęsia skórka, bałam
się tego pieprzonego dupka. Ale przecież nie skrzywdziłby mnie naprawdę?
Cholera, teraz nie byłam niczego pewna, więc postanowiłam delikatnie z nim
porozmawiać.
- Elena mnie tylko prosiła o
przyniesienie jej najpotrzebniejszych rzeczy. Daj mi je i wszyscy będą
szczęśliwi.- powiedziałam lekko się uśmiechając.
- Po moim trupie!- odparł
nieugięty, pokazując mi ręką drogę do wyjścia.
- Ale z ciebie jest dupek i to w
negatywnym tego słowa znaczeniu.- stwierdziłam z niesmakiem.- A Elena cię kocha
i ja się pytam za co? Jesteś najbardziej popieprzonym i zgorzkniałym facetem
jakiego znam. Zabijasz z zimną krwią, zapijasz się w barze, a krzywdzenie
innych sprawia ci przyjemność i do tego te twoje sarkastyczne teksty. Ughh.
- Skończyłaś?- spytał wyraźnie
wkurzony.
- Nie!- oznajmiłam twardo.- Nie
ruszę się stąd bez rzeczy mojej przyjaciółki.- oparłam ręce na biodrach i
patrzyłam się na niego ze zniecierpliwieniem.
- Skoro się sama nie ruszysz, to
ja ci w tym pomogę.- uśmiechnął się cynicznie i w mgnieniu oka wziął mnie na
ręce, po czym wyskoczył ze mną przez okno. Krzyczałam i wyrywałam mu się, ale
niestety był ode mnie silniejszy. Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, postawił mnie
na ziemi i ruszył w stronę drzwi.
- Do widzenie, Barbie.- rzucił na
odchodne, zamykając za sobą ciężkie, mosiężne drzwi.